Ogłoszenie

Rozdziału w tym tygodniu nie będzie, ale obiecuję, że wstawię w poniedziałek. Z powodów osobistych, nie jestem w stanie ani pisać ani poprawić rozdziału. Moje życie trochę się sypnęło stąd ta przerwa, czasami tak bywa, w końcu życie nie jest łatwe i idealne. Nastrój mój jest lepszy niż wcześniej, nadal nad tym pracuję, zatem jeszcze kilka dni i będę sobą. Mam nadzieję, że wena także wróci.

Oj, coś słabo też komentujecie :). Wstawię chyba także limit na bloga. Zobaczę jeszcze...

czwartek, 6 listopada 2014

4. Whe­re the­re is doubt the­re is freedom



 I jak tam, podekscytowani koncertem? Jedziecie? :)
Ostatnio pisałam nowe rodziały, i jestem na 8 :D, aż sama jestem w szoku. Korzystaw kiedy mogę z tej weny, która jeszcze się tli. Następny rozdział dodam, za ładne komentarze, rozdział 5 jest bardzo zabawny z punktu widzenia Ash'a :D i ogólnie singlom z BVB odbije szajba.

Lisa
Pierwszy raz widziałam jak człowiek, a raczej jego skóra przerabia wszystkie możliwe odcienie począwszy od czerwonego, a skończywszy na fiolecie. Andy mógłby robić za kucyka w bajce dla dzieci. A to wszystko przez to, że nie zgodziłam się na jeden podpunkt z jego cholernej listy! Dziewięć innych zachcianek mogłam spełnić, ale nie to! Na niebiosa, do diabła!
- Ale czemu nie? – spytał Jake, wachlując kolegę.
- Bo nie – burknęłam. – Nie ma takiej opcji. Wszystko, ale nie to.
Wymyślili sobie, że… chcą mieć każdy weekend wolny. Mało tego, chcieli przyjeżdżać do studia na jedenastą. Tyle cennego czasu zaprzepaści. Rockameni od siedmiu boleści.
- Ale podaj mi konkretny argument?! – Andy lekko znowu się wściekł, choć nie dał tego po sobie poznać.
- Nie, bo nie! Chcecie sobie marnować swój bezcenny czas na balangi? Proszę bardzo, ale nie w godzinach pracy! Po nagraniu albumu, hulaj dusza!
- Sztywniak z ciebie jest – mruknął Jake.
- Bo jestem perfekcjonistką.
- Bob możesz mi wyjaśnić, dlaczego… - Biersack spojrzał na Rock’a z nadzieją w oczach. - … ona dyktuje tutaj warunki, a nie ty?
Facet spojrzał na niego, jakby spytał go o jakiś skomplikowany wzór chemiczny. Bob wzruszył rękoma, wracając do papierów.
- Wszelkie zażalenia możesz składać swojego menadżerowi, albo prawnikowi - powiedziałam dumnie, bijąc się w pierś. Zabrzmiałam to tak inteligentnie, że nie mogłam wyjść z podziwu.
- Świetnie, trafiła nam się nudziara i pantoflarz – mruknął tak cicho Andy, że tylko ja i Jake mogliśmy to usłyszeć.
- Ej, koleś mogę się stać niemiła – ostrzegłam. – Ale też słodka jak miód, i dać wam wolne w zamian za owocną współpracę. Coś w zamian, a będzie wam dane wasze najskrytsze pragnienie.
To akurat powinno być dla nich logiczne i motywujące. Będzie zadowalającą partia materiału, będzie dzień wolnego, nie będzie niczego twórczego – zarwana nocka. Ja sobie ich wyszkolę po swojemu.
- Zupełnie jak święty mikołaj – westchnął ironicznie Pitts, wykrzywiając usta w ironicznym uśmiechu.
- Dokładnie, usiądziecie mi na kolanach i opowiecie; jacy to byliście dzisiaj grzeczni. – Podjęłam jego wizję, a co mi tam.
Czułam, że będzie gorzej, a raczej ciekawiej, kiedy spotkam resztę zespołu.
*
- Chcę to usłyszeć jeszcze raz – nalegał Rob, dławiąc się ze śmiechu.
- Umówiliśmy się w The Vault na dwudziestą trzecią. My z Jake byliśmy jako pierwsi, co było trochę dziwne, bo przecież nie znamy ich od wczoraj, nie? Wypiliśmy jedną kolejkę, drugą. A tu nagle wpada do nas zziajany CC i jęczy coś o „penisach”, „rzygam”. Ash wraz z Jinxx’em przybyli zaraz po nim paplając coś o The Virgo Cluster i zboczeńcach. Wypili po kolejce, drugiej.
- I wtedy Jinxx wyjęczał, że faceci za laski się przebierają i z biednych facetów robią jaja. - Jake szczerzył zęby tak jakby reklamował nową pastę do zębów. Zresztą Andy nie był lepszy.
Historia zabawna, ale po co ją w kółko wałkować?
- W pierwszej chwili myśleliśmy, że po prostu pomylili klub. No wiesz, trzeźwi nie byli już na pewno. Mogło się zdarzyć, nie? – Andy powinien opowiadać bajki na dobranoc. Głosem potrafił zdziałać cuda, to trzeba było mu przyznać. – Oni zobaczyli napis „go-go”, więc od razu tam wparowali. Kit z tym, co było dalej napisane. Po co czytać wszystko, nie?
Andy Biersack opowiadałby straszne opowieści. Albo powieść erotyczną pisaną z punktu widzenia kobiety, wyobraźcie sobie: „Ręką sunęłam po jego umięśnionym torsie. Czułam wulkan rozkoszy, który zbliżał się do erupcji.” Wybuchłam gwałtownym, niepohamowanym śmiechem. Wszystkie pary męskich oczu skierowały się na mnie.
- No, co?! – wyjąkałam, kiedy udało mi się odpocząć od śmiechu. Powstrzymywałam się bardzo.
- O czym pomyślałaś? – spytał Taylor, oczekując pilnej odpowiedzi.
Co miałam mu/im odpowiedzieć? Wymyśliłam na poczekaniu:
- Skojarzyło mi się to z filmem Kac Vegas. No wiecie jak bohater dowiedział się o tym, że facet z doczepianymi cyckami go przeleciał.
Myślałam, że faceci z Black Veil Brides, poślą mi grobowe miny, oskarżając przy tym o zniesławienie kolegów. Nic takiego nie nastąpiło, wręcz przeciwnie. Jake i Andy mi zawtórowali, rechocząc jak żaby. Może jeszcze była dla nich jakaś nadzieja. I kiedy już sytuacja biednych singli z BVB została już unormowana psychicznie, nadszedł czas na zemstę.
- Chyba ich nie skrzywdzisz – jęknął błagalnie Andy, gdy Nicholson oznajmił słowo zaczynające się na literę „z”.
- Oczywiście, że nie. No trochę… Tylko odrobinę ich pokiereszuję.
Nawet ja, nieznająca tych zboczeńców, wybałuszyłam na niego oczy. Co jak co, ale nieuzasadnionej przemocy nie popierałam.
- Nie możesz! – pisnął wokalista, nerwowo trzęsąc nogami. Czy on ma jakiś tiki?
- Och, maleństwo. – Jego menadżer posłał mu zawadiacki uśmiech.
Ja pierdolę! Dostałam się do centrum spotkania dla gejów. Oczywiście, nic do nich nie mam.
- No dzięki ci wielkie, że robisz ze mnie miękkiego żelka.
- Dobra, nieważne – syknął Rob. – Trochę ich postraszę, żeby zobaczyć jak trzęsą im się tyłki ze strachu przede mną. No i, kurwa, skruchę!
*
Zachciało mi się naleśników z twarogiem. Znałam bardzo dobry bar mleczny na drugim końcu Los Angeles. Benzyna nie miała tutaj znaczenia, w walce ze smakiem. Andy dosyć mnie zmęczył, aż potrzebowałam uzupełnić zapasy energii. Rob doskonale wymyślił tą całą sytuację; udawaną wściekłość dla uzyskania od chłopaków skruchy. Należy im się. Praca i imprezy, te dwie rzeczy trzeba umieć połączyć. Dochodziła czternasta, a ja już byłam po obiedzie. Bardzo dobrym i sytym. Pomasowałam się po zadowolonym brzuchu, wzdychając głośno. Mam nadzieję, że doczłapię się do auta.
Nie chciałam się zgodzić na jedenastą godzinę, bo szkoda było cennego czasu. Przecież przez trzy godziny można tyle zrobić, a przecież szkoda marnować długie wieczory, prawda? Bob dał mi wolną rękę do ustaleń warunków z zespołem, co też zrobiłam, z pewnością zgodziłby się ze mną.
Czasami ciężko mi było oddychać. Niekoniecznie fizycznie jak po przebiegnięciu kilku metrów biegiem. Po prostu mózg, niekiedy podsyłał takie myśli, od których uśmiech uciekał do środka organizmu. Ciążyły one niemiłosiernie, będąc jak kula przyczepiona do nogi. Cień przeszłości nigdy mnie nie opuści, nawet w snach przychodzi bestialsko traktując moją duszę. Potrząsnęłam głową, nie mogłam się w to zatracić, nie teraz.
Półgodziny zajął mi powrót do studia. Dzisiaj i tak nic sensownego nie zrobimy. Weszłam do pierwszego pomieszczenia, nikogo nie było, mimo to słyszałam czyjeś głosy. Przerzuciłam oczami z dezaprobatą, współpraca z tym zespołem będzie cholernie męcząca. Poprawiłam bluzkę i weszłam do środka. Dostrzegłam kilka twarzy nowych, których nie znałam. Wejście miałam wręcz fenomenalne, ja jak to ja, zmajstrowałam sobie uwagę tak: przypadkiem, potknęłam się o futerał od gitary, który z hukiem spadł na podłogę.
- Cholera – jęknęłam wściekle, mrucząc pod nosem przekleństwa pod adresem właściciela sprzętu.
- Moje maleństwo! – jęknął Jinxx, gitarzysta zespołu. I w ekstremalnie szybkim tempie znalazł się obok mnie, a raczej gitary. Wyciągnął ją natychmiastowo z futerału, czule głaszcząc. – Jesteś cała, na szczęście! – Posłał mi mordercze spojrzenie.
- Czemu ją tutaj postawiłeś!? To twoja wina!  - powiedziałam z pretensją w głosie.
- To trzeba patrzeć pod nogi!
- Ej! Spokój, ludzie! – Między nami pojawił się Ashley Purdy.

Ashley
Myślałem, że nic mnie dzisiaj już miłego nie spotka. Najpierw męczący kac, który wywiercał dziurę w głowie i żołądku. Później Rob, który pastwił się nad nami jak nad ofiarą seryjnego mordercy. A teraz wściekły Jinxx i nieznajoma. Dobrze, że tabletka zaczęła działać, bo przysięgam, że rozszarpałbym ich obydwaj począwszy o Fergusona. Kretyn, zawsze rzuca wszystko tak, że zabić się można! Dziewczynie mógłbym od biedy wybaczyć. Była ładna i to cholernie. W ułamku sekundy poczułem pozytywne uczucia, które podwyższały temperaturę ciała. Co się w sumie działo? Poczułem natychmiastową chęć skoczenia ze spadochronem, jakbym dostał ampułkę adrenaliny, i mógł osiągnąć wszystko, co wcześniej zamarzyłem. Lubię blondynki – pomyślałem, jednocześnie potrząsając głową, gdy zrodziła się taka myśl. I wtedy zrobiłem coś, o co bym siebie nie posądzał. Jak gdyby nic, powiedziałem:

- Witam mademoiselle, jestem Ashley Purdy – powiedziałem szarmancko, ujmując jej dłoń i całując. - A twoje imię, my lady?

Nieznajoma była mocno zaskoczona, aż mogła zbierać szczękę z podłogi. A ja upajałem się dumą, która napełniła moje komórki. Wyszczerzyłem zęby w diabelskim uśmiechu. Jej zielone oczy zapłonęły, aż uśmiech mi zszedł, zrobiłem krok do tyłu.

- Lisa. I nie będę tolerowała spóźnialskich!
Ok, dobra, jej zachowanie nieco mnie zaskoczyło. Byłem przyzwyczajony do reakcji odwrotnych, pisków i rzucania się na szyję, a nie chłodu. Aż podkuliłem ogon, trochę się wycofując – w duchu, na powierzchni przybrałem obojętną maskę, która nie zważała na jej reakcję, krzycząc, że ona i tak będzie moja. Poczułem się jak dziecko.
- Dobra, sorry laska, to ja nieumyślne postawiłem tutaj swój sprzęt. Wybacz, ale jestem mistrzem bałaganu i rzucania wszystkiego byle gdzie, więc wiesz? – Jinxx ratował swoją sytuację. Co za zdrajca, pomyślałem.
Lisa pokiwała głową, mijając nas. Zerknąłem na kumpla szaleńczym i pytającym wzrokiem. Ten tylko w odpowiedzi wyszczerzył bezczelnie zęby. Chwyciłem go mocno za ramię, pytając:
- Co ty wyprawiasz?! – syknąłem na niego. Jego mina wbijała we mnie taką nienawiść, od której pąsowiały mi policzki.
 - Jak to co!? Topię lody, Purdy.
Zaraz, to on leciał na nią?!

2 komentarze:

  1. Lubie tego bloga a po tekście topie lody zbierałam się ze śmiechu z podłogi ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział. Rzadko czytam opowiadania hetero, ale to zapowiada się naprawdę ciekawie.
    Życzę weny i pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń