Ogłoszenie

Rozdziału w tym tygodniu nie będzie, ale obiecuję, że wstawię w poniedziałek. Z powodów osobistych, nie jestem w stanie ani pisać ani poprawić rozdziału. Moje życie trochę się sypnęło stąd ta przerwa, czasami tak bywa, w końcu życie nie jest łatwe i idealne. Nastrój mój jest lepszy niż wcześniej, nadal nad tym pracuję, zatem jeszcze kilka dni i będę sobą. Mam nadzieję, że wena także wróci.

Oj, coś słabo też komentujecie :). Wstawię chyba także limit na bloga. Zobaczę jeszcze...

poniedziałek, 10 listopada 2014

5. To be or not to be, that is the ques­tion

Tadam, przedstawiam wam rozdział, przy którym doskonale się bawiłam. Oczywiście do nastolatek nic nie mam :). 
Zapraszam do czytania i komentowania!



Lisa
Odechciało mi się pracy całkowicie. Wiedziałam, że poznanie Black Veil Brides niczego konkretnego nie wniesie, ale żebym na wstępie czuła takie zażenowanie. Jinxx najpierw mnie opierdolił za to, że jest bałaganiarzem, Ashley natomiast pokazał, jakim jest wspaniałym lowelasem. Jedynie CC trzymał się solidnie, wzbudzając we mnie namiastkę sympatii. Ta jego zabawna część sprawiała, że zapomniałam, z kim mam styczność rozmawiać. Z czasem jakieś spięcia zanikły, a my mogliśmy zacząć spokojnie spędzać ze sobą czas, poznając się przy tym bliżej. Nie zaprzeczę, że alkohol nie odegrał tutaj ważnej funkcji. Jako że faceci są fanami Jack’a Danielsa, ten trunek przejął dowodzenie, mieszając się z colą dla mnie. Purdy jakoś dziwnie na mnie patrzył z Jinxx’em, nie wiem, jak jakaś para psychopatów, czy coś. Najpierw przedyskutowaliśmy sprawy odnośnie nowego albumu, Andy machał mi przed oczami swoim notesem, z którego pokazał mi tekst pierwszej piosenki, od której chciał zacząć. Jedno trzeba mu było przyznać, facet był dość narwany i wszędzie go pełno, już nie wspomnę o przekazywaniu informacji, których było tak mnóstwo, że zdążyłam zapamiętać ledwie połowę. W dalszej części spotkania, gdy języki zaczęły się powoli plątać, przeszliśmy na bardziej osobiste tereny.
Przyznam się szczerze, że uciekałam w pracę, aby myśleć jak najmniej o sobie. Testując już to niejednokrotnie, wiedziałam jak omijać niełatwe dla mnie pytanie. Miałam też odpowiedzi przerobione z milion razy, że odpowiadałam wyrywkowo jak przy odpowiedzi w szkole. Nie ominęło mnie pytanie o pochodzenie. Mimo że, przebywałam w stanach od prawie ośmiu lat, akcent nadal wychwytali. Takie już moje zasrane szczęście.
Siedzieliśmy sobie w pokoju dziennym. Ja na kanapie pomiędzy Jake’m i CC, a Jinxx, Bob, Andy i Ashley na krzesłach bądź fotelach naprzeciwko nas.
- Ile masz lat? – palnął nagle CC, na co oberwał, od Jake w głowę. – No co, chciałbym widzieć.
- A na ile wyglądam? – odpowiedziałam, wytykając język. No i zaczęła się fala zastanowienia i mruczenia.
- Siedemnaście – palnął Jinxx, upijają łyk alkoholu.
Zaśmialiśmy się. – To w takim razie, nie powinnam z wami pić – westchnęłam, smętnie wpatrując się w szklankę. – A Bob powinien mi dać po łapkach i zabrać do domu.
Rock aż się zakrztusił. – Że co?!
- No co, żona na ciebie czeka, czyż nie?
- Kurwa, fakt – jęknął pospiesznie szukając telefonu. Spojrzał w końcu na wyświetlacz i wybałuszył oczy na ekran. – Ona mnie zabije. Zakopie, cholera! – Chwycił w pośpiechu swoją kurtkę i wyszedł, rzucając jeszcze na do widzenia „cześć”.
Czy nie znalazłam się czasem w jakieś chorej sytuacji? Sama, z piątką napalonych facetów, których znam od kilku godzin. Trzech singli to było dość. Powinnam spieprzać?
- To ile masz lat, kochanie? – zapytał ponownie Ashley, szczerząc zęby.
Kochanie, kurwa, ten facet ma jakiś hamulec? Aż cisnęło mi się na język, aby odpowiedzieć, że za mało, że nie porucha, ale zostawiłam to dla siebie. To zadziałałoby na nich jak podpałka. Nie ma mowy.
- Numer buta też podać?!
- Może być, ale rozmiar stanika, też by się przydał. – Purdy aż oblizał lubieżnie usta.
Uniosłam brew, pochylając się w stronę Jake, który wydawał się być najbardziej kompetentny z tego towarzystwa. Szepnęłam mu do ucha:
- On ma tak zawsze?
- Gorzej – mruknął, uśmiechając się zawadiacko.
- Ekm, przepraszam, że przeszkadzam, ale on jest zajęty – wtrącił CC, przysuwając się do mnie bliżej. Poprawił sobie włosy, bacznie się przyglądając jakby na coś czekał.
- Możecie przestać sobie gruchać? Ja tu próbuję się dowiedzieć więcej o koleżance! – Ash burknął obrażony, krzyżując ręce na piersi. – Jinxx, weź coś im powiedz, bo nie ręczę za siebie.
Andy zerknął na nas zza swojego telefonu,. Trochę się wyłączył. Pewnie był zajęty, swoją dziewczyną. Powinnam uciec w jego stronę, tam byłoby bezpieczniej.
Jinxx wstał, obszedł stolik i usiadł zaskoczonemu perkusiście na kolanach. Że jego rzepki wytrzymywały ciężar Fergusona, jestem w szoku. Gitarzysta miał w dupie cierpienia kumpla, którego na nie skazał.
- To jak? – Jinxx posłał mi wręcz bezczelny uśmiech.
- Co wy macie z tym wiekiem, do cholery? Nie lubicie starszych babek?
- Kto nie lubi, gdzie? – Andy jakby się obudził ze snu zimowego. Mrożącym wzrokiem, skanował każdego z nas, jakby szukał namiastki jakieś pogardy. Ten człowiek był cholernie dziwny, i cofam to, że byłabym u niego bezpieczniejsza… W snach jedynie.
Christian chciał chyba zrekompensować sobie ból, obejmując mnie delikatnie ramieniem. Delikatnie? Bo kumpel przysłonił mu nieco widok i biedak, smyrał czule Pitts’a po szyi. Ten tylko natomiast z obrzydzeniem zrzucił rękę z głośnym „nie dotykaj mnie, zboku!”. I nie wiadomo kiedy, między nami zjawił się jeszcze jeden towarzysz – Ashley. Coś tam mruczał do nich o nie dotykaniu, macaniu, i czymś jeszcze. Nie rozumiałam, co tam do siebie mówili, jedynie szybko się stamtąd ewakuowałam. Na wcześniej ugrzane miejsce przez basistę. Wyszczerzyłam zęby, czekając aż zorientują się, że mnie tam już nie ma. I biedny Jake!
- Przepraszam cię za nich – Andy pochylał się w moją stronę, mówiąc tak, że tylko ja mogłam to usłyszeć. – Wiesz, jacy są faceci i do tego single.
- Dobra, chłopcy, to by było na tyle. Spotkanie integracyjne było bardzo interesujące, ale pora już na mnie. Zbliża się północ.
CC, Ash i Jinxx jak struna wstali.
- Odprowadzę cię – powiedzieli jednocześnie, nawzajem zdzierając się po głowie.
- Nie, nie trzeba naprawdę. Mieszkam dosłownie piętro wyżej. – Wskazałam palcem na sufit.
- A jak ktoś cię porwie? – spytał opiekuńczą perkusista.
- Na pewno nie. Częstujcie się zawartością kuchni. Do jutra. – chwyciłam klamkę, odwracając się jeszcze. – Jutro o dziesiątej wyjątkowo, poznajcie moją dobrą stronę.
Szczerze to bardziej się obawiałam napalonej trójki facetów, niżeli jakiegoś potwora w krzakach.

Ashley
Wczesnym rankiem wybraliśmy się na zakupy. To jest: ja, CC i Andy. Ostatniej nocy opróżniliśmy lodówkę w studiu, więc wypadałoby ją uzupełnić. Aby nie natrafić na fanki, przyjechaliśmy samochodem CC, na peryferie LA. Na parkingu pobliskiego supermarketu stało już trochę aut. Andy przygryzł wargę, bezpiecznie rozglądając się po okolicy, zanim ktokolwiek z nich opuścił wnętrze samochodu.
- Może pojedźmy gdzieś indziej? – zaproponował Biersack, naliczając dwadzieścia jeden samochodów, siedem rowerów i trzy przypięte do płotu psy.
- A myślisz, że gdzieś indziej będzie mniej ludzi? Przecież jest po ósmej, i to normalne, że ludzie o tej porze robią zakupy na śniadanie – tłumaczył mu CC. – Zresztą ten sklep bierze produkty z piekarni, która wypieka znakomite paszteciki z mięsem. – Aż się popluł z wrażenia.
- Jak chcesz możesz zostać w środku, my idziemy – powiedziałem do niego. – O tej godzinie trzynastolatki jeszcze śpią, więc wyluzuj, chłopie.
- Dobra. – Andy posłał mi krzywy grymas. Będąc w środku supermarketu, wyrwał karteczkę z rąk perkusisty, mówiąc na głos: - To co mamy tutaj pierwsze? Mleko, zaraz, gdzie jest mleko? – Rozglądał się dookoła.
- Prosto, i w prawo jest nabiał – wytłumaczyłem mu pobłażliwie.
- Ale ja chcę mleko.
- A mleko to nie nabiał?
- Sorry, ale ja nie rolnik.
- Sorry, koleś, ale mieszkałeś prawie na wsi, gdzie nie ma sklepów samoobsługowych! I gdzie jest ten CC?! Miał iść tylko po wózek?!
Coma po chwili przyjechał z wózkiem, i pasztecikiem. Bo wchodząc na salę, wpierw się przechodzi obok piekarni i rzeźnika. Andy pokręcił głową.
- Co? Tak pachniało, że nie mogłem się oprzeć. I do tego są w promocji! – Machał resztką posiłku przed naszymi oczami. – Gdzie idziemy wpierw?
- Po mleko – rzekł Andy, szczerząc zęby.
- I masło – dodałem, zerkając w ręce wokaliście.
- Ale masło jest dopiero na pozycji czwartej – oburzył się Andy, nie rozumiejąc, czemu chciałem rezygnować z poprawnej kolejności.
- Mleko jest tuż za rogiem, a masło dwa kroki dalej, więc powiedz mi, jaki to ma kurwa sens, wzięcie najpierw mleka, a potem przejście całego sklepu po jajka, a następnie wrócenie prawie do punktu początkowego?! – powiedziałem to na jednym wdechu.
- To nie mogłeś napisać „masła” zaraz pod punktem „mleko”?
CC patrzył na rozgrywający się dramat, ubolewając, że nie kupił więcej tych dobrych pasztecików.
- Nie, kurwa, nie mogłem! Christian, weź go zabierz, zanim go zakatrupię przy napojach! Wezmę chyba zgrzewkę piwa…
- Cztery weź, cztery – zawył CC. Perkusista spojrzał jeszcze raz na naburmuszonego Andy’ego,  a ja postanowiłem wziąć w sumie pięć. – Mogłeś zostać głąbie w samochodzie – burknął w jego stronę.
- Sam sobie zostań!
Kilka punktów z listy zostało odhaczonych, to jest: mleko, masło, jogurty. Stanęliśmy przy płatkach, wzdychając równocześnie przy nestle.
- Bierzemy? – spytał z nadzieją CC.
- Zapomnij! – Machnąłem ręką. – Nasz wiecznie na diecie Jake, chyba nas by udusił. Tylko sałateczki, kurczak na parze i woda.
Spojrzeliśmy do swojego koszyka, gdzie znajdowało się mleko niskotłuszczowe, jogurty light oraz masło o zawartości tłuszczu 0%.  Tyle poświęcenia dla jednego przyjaciela!
– To po co mu jajka? Chyba mają dużo cholesterolu, nie?
- Nie, nie do ciasta. Do włosów, wzmacniają cebulki. Przecież on lubi sobie wcierać jakieś domowe papki na te swoje kłaki – dopowiedziałem.
- Ahhhha – westchnęli razem CC i Andy.
- To teraz będzie najlepsze: kg marchwi, kg brukselek, brokuł, pęczek szpinaku, opakowanie roszponki, słoik szczawiu – czytałem.
- Co to jest roszponka i szczaw? – zapytał wokalista, marszcząc nos.
- Takie zielone jak szpinak, ale smakuje jak sałata. Jedno i to samo paskudztwo. Równie dobrze Jake mógłby mnie karmić mleczem z ogródka – burknąłem, patrząc na całą dostępną zieleninę.
- Fuuuuj! – zawył krzywiąc się CC.
- Dlatego tak panowie licho wyglądacie – westchnął jakiś dziadek mierząc nas wzrokiem. Pokiwał głową z dezaprobatą i odszedł.
Razem z perkusistą pokładaliśmy się ze śmiechu. Biersack’owi nie było do śmiechu, na pięcie się obrócił o sto osiemdziesiąt stopni i odszedł, po słoik szczawiu na zupę.
Przed kasą chłopki sprawdzaliśmy, czy aby kupiliśmy wszystko z listy.
- Trzeba było iść punkt po punkcie, to nie trzeba by było teraz sprawdzać - westchnął Andy, spoglądając na brukowce przy kasie.
W ostatniej chwili powstrzymałem się przed brutalnością wobec przyjaciela.
Przed wyjściem zahaczyliśmy jeszcze o rzeźnika; kupując kurczaka oraz piekarnię, gdzie zakupiliśmy żytnie pieczywo. Andy pchał wózek do połowy wypełniony produktami, a my z CC’ym szliśmy obok siebie na luzaku.
- O boże! To Black veil Brides! – usłyszeliśmy za sobą pisk.
Spojrzeliśmy najpierw na siebie nawzajem i widząc strach w oczach, mieliśmy pewność, nie byliśmy sami w obliczu zagłady. Andy jakby dostał silniczka w tyłku, bo sprintem, z wózkiem pognał jak szalony przez siebie. Aż się zanim kurzyło. Nie oglądał się za przyjaciółmi, tak było mu spieszno.
- O boże, ratuj mnie, błagam – jęczał CC, wskakując mi na plecy i zacząłem swój długo obiecany poranny jogging od pół roku.
- Złaź ze mnie, baranie jeden!
- Biegnij szybciej! – krzyczał mi do ucha, odwrócił się i zobaczył piątkę rozhisteryzowanych fanek, które szybko się do nas zbliżały. – Doganiają nas! Szybciej, mój ogierze! Pędź jak wiatr!
- Ja ci… dam… jak… wiatr… w… studiu! – sapałem.
Na szczęście udało nam się dotrzeć bezproblemowo do samochodu. W ostatniej chwili udało się nam zablokować drzwi. Dziewczyny obeszły samochód ze wszystkich stron, krzycząc jak opętane „Black veil brides!”.
- Kurde, trzeba było zostać w domu. Zrobić zakupy przez Internet i czekać na dostawę – mamrotał Andy. – To wszystko twoja wina! – Wskazał palcem na CC’ego. – Twój ciemny strój nakręca pewnie te małolaty, na styl a’la seksi-wampir! Czy musisz się tak rzucać w oczy? Mógłbyś od czasu do czasu założyć coś żółtego i pójść do solarium!
- Phi – prychnął Coma. – Sam wyglądasz jak ten noo... Edward ze Zmierzchu. – Skrzyżował ręce na piersi.
Fanki zaczęły bujać samochód, coś skandując.
- Mój biedny samochodzik! Ty, ruda, zejdź mi z tej maski! Dzwonię po policję, słyszysz?! – CC jęczał do nich.
Zadzwonił telefon Biersacka.
- Cześć skarbie, to nie jest dobry moment… Aha… No wiesz, my jesteśmy w supermarkecie jeszcze, bo na głównej ulicy jest korek. Jakiś wypadek, czy coś.
- Ej, ty! Nie rozbieraj się! To nielegalne! – darłem się, widząc jak jakaś dziewczyna rozpina kurtkę.
- E… Nie, jednak nie ma wypadku. To jakiś strajk golasów. Wszędzie golasy… i się drą słyszysz? Krzyczą „Precz z homofobią!”… Tak… To jakaś patologia, mówię ci – mamrotał Andy.

4 komentarze:

  1. Ten rozdział po prostu jest pozwalający :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Leże i nie wstaje, ahahah zakupy z BVB jedyne w soiwm rodzaju. No po prostu genialne. Te teksty. Kobieto boska jesteś
    http://psychedelic-dance.blogspot.com/ zapraszam na nowy

    OdpowiedzUsuń
  3. Laska? Ja cię kurwa zabije. Naprawdę.! Posłuchaj w życiu, ale to w życiu nie czytałam tak zabawnego rozdziału, słyszysz? Rozwaliłaś system. Moja mama przez ciebie mnie chcę do psychologa wysłać! Chichrałam się jak debil przez calutki rozdział. Nie po prostu dla mnie jesteś niesamowita! Te zakupy to po prostu parodia na kółkach! Sikam, sikam, sikam! Że też ty musisz mieć tą pieprzoną blokadę do kopiowania! Bo wypisałabym Ci tu najlepsze teksty,ale w sumie to i tak nie miałoby sensu bo musiałabym skopiować połowę rozdziału. Jezu, jak zakupy z moimi braćmi. Seryjnie miałam taką samą sytuację z tym mlekiem i masłem! Identiko! Tylko u nas była mąka zwykłe i ziemniaczana :3 Jake na diecie ahahahaha o nie mogę! Biedni chłopcy, teraz wiem jak moje debile się czuję gdy wychodzą ze mną na miasto :D "Tu nie, tu nie , tu nie, wybij sobie to z głowy, ja się odchudzam, nie to zbyt kaloryczne" - tak sobie zrzędzę :D "Andy jakby dostał silniczka w tyłku, bo sprintem, z wózkiem pognał przed siebie." - boże nie, mam łzy w oczach! A chwilę później:
    "Złaź ze mnie baranie jeden", "Szybciej mój ogierze, pędź jak wiatr"! - Tu już byłam zaryczana. I końcówka! Końcówka przebiła wszystko! Jestem mega ucieszona, mega zapłakana i mega szczęśliwa! Dziękuję. Miłego dnia.
    http://rebelyellbvb.blogspot.com/
    http://unbroken-bmth.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak ja mam się teraz skupić na chemii, jak wciąż nie mogę przestać się śmiać :D Ten rozdział jest niesamowity xD Wariaci :D Ciekawe, co jeszcze wymyślą ;>

    OdpowiedzUsuń