Czuję się lepiej. Ale widząc 5 komentarzy, wcale nie mam ochoty dodawać rozdziału. Zatem: 7 komentarzy następny!
Lisa
Dochodziła
dwudziesta trzecia, a ja tego nie odczuwałam. Milion myśl tliły się w głowie,
przekrzykując siebie nawzajem. Męczyłam się, nie mogąc znaleźć żadnego zajęcia.
Wyszłam na zewnątrz, owionął moje ciało delikatny ciepły wietrzyk, a niebo
przysłoniły w większości gęste chmury. Usiadłam na pierwszym stopniu, rękoma
obejmując nogi. Poczułam jak ktoś siada obok. Nie podniosłam wzroku nawet o
milimetr, doskonale wiedząc, kto uraczył mnie swoją obecnością. Zresztą zapach
jego szamponu utwierdzał mnie w tym fakcie. Mimo że go trochę unikałam, ten jak
miał w zwyczaju, wcale się nie zraził. Przeciwnie. Na niego nie ma mocnych.
-
Nie odpisywałaś mi, dlaczego? – mruknął, przerywając ciszę.
-
Byłam zajęta – skłamałam.
Usłyszałam
jak głośno wzdycha.
- Co tutaj robisz? Nie
możesz spać? – stwierdziłam, czując na sobie jego przeszywający wzrok. –
Dlaczego? – szepnęłam, kiedy nie usłyszałam odpowiedzi.
- A ty? – odpowiedział
na moje pytanie pytaniem.
- Pierwsza spytałam. –
Spojrzałam na niego.
Ash wykrzywił usta w
delikatnym uśmiechu.
Skąd wiedział, że nie
śpię? Od jego mieszkania dzieliło nas dobre dziesięć kilometrów. Coś go
męczyło, skoro nie odpłynął w ramiona Morfeusza.
- Jakiś ty słodki. –
Mimo tego nie ograniczałam drwiny. Naprawdę osądzę go kiedyś o nękanie.
Wyobrażałby ktoś go w więzieniu?
- Może zagramy w coś? W
pokera? – spytał nagle z tajemniczym błyskiem w oku. I do tego objął mnie
ramieniem. Czy to już molestowanie?
- W rozbieranego? Nie
ma mowy!
Cwaniak.
Chciał mnie pocałować.
Rozebrać. Nie wie, że nie pójdzie mu to łatwo. A nawet wcale. Byłam mistrzem w
tej grze, do tego miałam tak wysłużone karty, na których znałam każdą zagniotę.
To będzie jak zabranie dziecku ulubionej zabawki. Odbiorę mu marzenie z taką
łatwizną, że aż jestem tym przerażona. Przyniosłam karty, pozwalając mu je
potasować. W międzyczasie ustalaliśmy zasady gry. W sumie… on ustalał, ja tylko
przytakiwałam.
- Wygrany całuje, w co
chce i jak chce – oznajmił z taką powagą, że musiałam z całej siły stłumić
narastający we mnie śmiech.
- Dobra.
Ashley spojrzał na mnie
takim wzrokiem, jakbym mu powiedziała, że mam piątkę dzieci i trzecie oko w
brzuchu.
- Nie masz nic
przeciwko? – upewniał się. Zaprzeczyłam. - Nawet jak poliże ci szyję? Albo…
albo pocałuję namiętnie w usta?! – Oczy aż mu wyszły z orbit, kiedy
przystanęłam na jego zasady.
Zaskoczony Purdy to
było coś, co mnie kręciło. Tak bardzo się
myliłam. Ashley intensywnie myślał spoglądając na trzymane w ręku karty.
Taka słodka zmarszczka na czole dodawało mu słodyczy i skupiony wyraz twarzy do
tego – bomba. Idealny deser do skonsumowania.
Leżeć
–
warczał rozum. Zgrzytając zębami ostrymi jak brzytwa.
Pragnęłam go pocałować.
Nie
ma takiej opcji!
Zrobił ruch, ja swój i
poległ po raz pierwszy.
- Kurwa – warknął tak
głośno, że aż podskoczyłam.
- Wyluzuj, chłopie.
Dostaniesz najbardziej soczystego buziaczka w policzek, Misiaku. – Słodkość
słów aż gryzła mnie w migdałki.
- Czemu, kurwa, w
policzek?! – jęknął zrezygnowany.
- Bo nie w usta! Już
się poddajesz? Myślałam, że jesteś nieustraszony.
Przerzucił teatralnie
oczami, nastawiając policzek.
- Tylko długo –
nalegał. Pocałowałam go soczyście w gładką część policzka, cmokając przy tym
głośno. Nich się facet popodnieca, ot co!
- Już? Tak krótko?
- Nie przeginaj. Gramy
dalej, zanim się rozmyślę.
Kolejną partię
przegrał. Jaka to wiązanka wyszła z jego ust. Większości słów nawet nie znałam.
Postanowiłam pocałować go w rękę. Ash nie krył niezadowolenia.
- To, chociaż possij
palec – jęknął z miną smutnego psiaczka.
- Sam sobie possij,
zboku!
Cmoknęłam go w tą
przeklętą dłoń. Ten w odpowiedzi coś tam pomruczał niezrozumiale i cicho, że
nikt by nie dosłyszał. Potasował karty; raz, drugi i… dziesiąty. I kiedy już
prawie przysnęłam, oznajmił mi hardo, że jest gotowy i gramy dalej. Po jakimś
czasie, Ashley z uśmiechem sięgającym jego oczu odkrył przede mną karty.
Początkowo nie zrozumiałam, z czego się tak cieszył, jednak wgląd w moje karty
przyprowadził strach. Ten skubaniec miał fulla! A ja wcześniej tego nie
zauważyłam…
- Wygrałem! – oznajmił,
ciesząc się jak dziecko.
Jakbym się nie
domyśliła. Wiedząc, czego Purdy tak bardzo pragnął, musiałam koniecznie zrobić
tył zwrot. Nic innego mi nie pozostało. Musiałam uciec, teraz. Wstałam najszybciej jak tylko potrafiłam. Nie zdążyłam
zrobić kroku jak Ash złapał mnie za rękę i mocno przyciągnął mnie do siebie.
- A ty, dokąd? A umowa?
- Pieprzyć ją. Jestem
zmęczona.
Nogi miałam już jak z
waty, gdy serce zabiło szybciej.
- Tchórzysz? –
Bezczelnie się uśmiechnął, aż chciałam go wytarmosić za ten głupi łeb. – Poddaj
się chwili. – Oplótł ręce wokół mojej talii.
Wiedząc doskonale, co
się zaraz zdarzy, zapomniałam języka w buzi. Najpierw dotknął moje wargi tak
delikatnie, że nie byłam pewna, czy to się stało naprawdę. Chyba sprawdzał, czy
aby przypadkiem, nie oberwie w twarz. Nie wiem już sama, co mną kierowało, ale
odruchowo przymknęłam powieki, rozkoszując się chwilą ciszy. Przyciągnął mnie
bliżej siebie, że bliżej się już nie dało i pocałował namiętnie. Otumaniona
bijącym od niego ciepłem, pozwoliłam mu na to. Wpił się w moje usta
niezaproszony, zachłanny, a ja jęknęłam na to doznanie. Nie umiem stwierdzić,
kiedy oddałam pocałunek, to tak jakby ktoś odciął kabel dostępu do rozumu. Nie
robiłam tego, co powinnam, tylko to co chciałam. Aż do stracenia tchu, aż do
końca świata. Na zawsze. Ugryzłam go w wargę na tyle mocno, aby się ode mnie
odkleił i na tyle delikatnie, aby nie zranić go.
- Trzy plus, Purdy –
powiedziałam, kiedy wyrównały się nam oddechy.
- Że co? Kobiety mówią,
że świetnie całuję – rzekł, dumnie wypinając pierś. – Przy następnej okazji,
wpuść mój język, to wtedy zobaczysz, co
potrafię. – Poruszył sugestywnie brwiami.
Przerzuciłam oczami,
wykorzystując fakt, że mnie puścił. Z galopującym sercem, uciekłam na
bezpieczny teren mojego mieszkania.
- Dobranoc, Ashley –
powiedziałam słodko. W powietrzu mu puściłam jeszcze całusa.
Gdy zamykałam drzwi
stał tam jeszcze osłupiały. Oparłam się o sztuczną drewnianą strukturę.
Słyszałam jeszcze jak westchnął, odchodząc. A moje serce w piersi tak
galopowało, zagłuszając inne obce dźwięki. Mój telefon zasygnalizował przyjście
wiadomości. Wcale do niego nie pobiegłam, nie byłam w stanie, kompletnie. Nogi
miałam ciężkie jak z ołowiu, a mój żołądek, z nim to było gorzej – robił jakieś
cholerne fikołki, doprowadzając mnie tym do szału. Osunęłam się po drzwiach,
nadal analizując to, co się stało. Ten pocałunek… był delikatny, krótki i
skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie chcę więcej. A tak desperacko tego
potrzebowałam. Czułam go wszędzie, nawet na czubkach palców u stóp. Przymknęłam
powieki, naprawdę nie wiem, na co jeszcze liczyłam. Przecież jestem tylko
człowiekiem, prawda? I potrzebowałam szczęścia, które mocno pchałoby mnie do
przodu. Zachłystnęłam się tą chwilą, jakby na tym kończyło się życie i los nie
miał już dla mnie jakiegoś ckliwego wątku. Musiałam koniecznie myśleć realnie,
aby nie stracić głowy. Wstałam, kierując się do stolika, gdzie zostawiłam
telefon. Biała dioda migała zachęcająco, przygryzłam wargę wpatrując się w
sprzęt jak w jakieś zbawienie. Po chwili, gdy utwierdziłam się w bezsensowej
sytuacji, wzięłam go do ręki. I odczytałam wiadomość:
Od
Ashley Purdy:
Teraz
to już w ogóle dzisiaj nie zasnę. Jak nadal będziesz miała z tym problem,
wiesz, gdzie mnie znaleźć, piękna.
Czy widnieje tutaj
podtekst seksualny? Nieważne. To ostatnie słowo sprawiło uśmiech na mojej
twarzy, ale taki od ucha do ucha. Co się ze mną działo?
Ashley
Wszystko się działo tak
szybko. Najpierw chciała mi uciec, ale co to nie, nie ze mną takie numery,
Lisa. Umowa to umowa, a ja nie chciałem sobie tego odpuścić. Zatem złapałem ją
za rękę, a chwilę później pocałowałem na tyle, ile mi pozwoliła. Chciałem więcej,
lecz małe kociątko mi to uniemożliwiło, ah, przyznam się, to ugryzienie w wargę
było cholernie seksowne. Lecz to było na tyle, bo za bardzo się rozmarzyłem, i
Lisa zniknęła mi za drzwiami. Jeszcze chwilę na nie patrzyłem zanim postawiłem
odejść. Nic tu po mnie, przecież nie będę tutaj wiecznie stał jak jakiś
sierota. Wszystko we mnie pulsowało oszalałe. Teraz to nie ma opcji, abym
zasnął, nie po tym, co się stało. Przystanąłem w połowie schodów, wyciągnąłem
telefon, postanowiłem napisać jej wiadomość. I tak przez moment wpatrywałem się
w pojaśniały ekran i migający kursor. Co miałem jej napisać? „Całujesz
wybornie, kiedy powtórka?” Albo „Twoje oczy świecą jak gwiazdy”. To brzmiało
jak nie ja, tylko romantyk, do którego mi dużo brakuje.
„Teraz
to już w ogóle dzisiaj nie zasnę. Jak nadal będziesz miała z tym problem, wiesz,
gdzie mnie znaleźć, skarbie.”
Wpatrywałem się przez
chwilę w te słowa. Ostatnie wymazałem „skarbie”, zastępując je słowem „piękna”.
Brzmiało bardziej, e… mniej prymitywnie.
*
Wparowałem do studia
roześmiany od ucha do ucha.
- A tobie, co? Co ci
się tak dziób cieszy? – spytał Andy, przyglądając się mojej twarzy.
- Gorzej mu –
stwierdził Jinxx.
- Zakochał się… Nasz
mały Purdy dorasta – zawył CC, szczerząc swoje zęby, prawie przy swojej twarzy.
Uderzyłem go z łokcia w
bok. Zaśmiał się jeszcze głośniej, wcale nic sobie z tego nie robiąc.
- A gdzie jest Jake? – zapytałem,
po rozejrzeniu się po ich twarzach.
- Poszedł do piekarni
obok – wytłumaczył szybko wokalista.
Po jakimś czasie do
studia weszła Lisa. Natychmiastowo znalazłem sie tuż obok niej, nie zważając na
głupie miny kumpli zespołu.
- Cześć, wyspałaś się?
– spytałem, posyłając jej promienny uśmiech.
- Jakoś dałam radę… a
ty?
- Nawet dobrze. Byłoby
lepiej, gdybym dostał buziaka.
Lisa potrząsnęła głową,
chwyciła mnie za rękę i mocno prowadząc gdzieś w bok.
- Pocałowałeś mnie raz.
Nie wykorzystuj tego, przy każdej możliwej okazji.
- Oj, Lisa, tak bardzo
przeceniasz swoje możliwości. Ale skoro chcesz tak grać, ok. Wczoraj graliśmy
na moich zasadach. Skoro tego chcesz… - Pocałowałem przelotnie jej zaróżowiały
policzek.
Dziewczyna nie zdążyła
zareagować, tak jak zawsze miała w zwyczaju, bo do środka wszedł Jake i Rob.
- O, kogo mojej oczy
widzą! – zawył Andy.
Pozwoliłem sobie
jeszcze na więcej, wykorzystując chwilę jej nieuwagi i klepnąłem ją w tyłek,
odchodząc.
- Purdy! – syknęła.
Na szczęście zdążyłem
odejść w stronę chłopaków.
Lisa
- Taylor, chodź! –
westchnęłam w stronę faceta, który mocno ściskał kierownicę. – To nie będzie
bolało, obiecuję.
Greene spojrzał na mnie
jakbym wyrżnęła mu stado psów. Uśmiechnął się kwaśno, spoglądając na mnie takim
spojrzeniem, od którego włosy zjeżyły się na głowie.
- Nigdzie nie idę –
syknął przez zaciśnięte zęby.
- Musisz, obiecałeś mi!
Nie możesz teraz zawieść swojej żony, Taylor.
- To jest takie…
prymitywne. Narusza to moją męską dumę.
- A znajdź teraz dobrą
stronę. Cholera, Taylor, wiesz ile par czeka, aby zebrać pieniądze na zabieg in
vitro? Ty masz kasę, a nie chcesz pozwolić medycynie działać. Pójdziesz sam,
czy mam cię zmusić, chociaż nie wiem jak mam cię uradzić. Alice się wścieknie
jak się o tym dowie!
- Nie powiesz jej o
tym! – warknął.
- Powiem, jeśli tam nie
pójdziesz.
- No dobra, już
wychodzę. Tylko idziesz tam ze mną i czekasz, ok?
- Do gabinetu nie
wejdę, już to przerabialiśmy!
- Wiem, ale masz tam
siedzieć i nie ruszać się o chociażby milimetr. Zrozumiano?
- Jasne. Chodź, bo się
spóźnimy.
Nienawidzę takich
miejsc, gdzie biel skrywa się za każdym rogiem. I ten charakterystyczny zapach
jakiś chemikali, który przyprawiał o zawrót głowy. Klinika miała lepiej
kojarzyć się niż szpital, lecz słabo to wychodziło.
- Taylor Greene, jestem
umówiony na badania, na trzynastą – powiedział z chrypką w głosie w stronę
recepcjonistki. Denerwował się. W sumie to mu się nie dziwię.
- Pokój 216, na
pierwszy piętrze, po prawej stronie.
Taylor spojrzał na mnie
z taką zbolałą miną, szukając chociażby cienia zrozumienia. No rozumiałam to,
nawet bardzo, ale niech już nie ucieka przed tą prawdą.
- Nie będzie źle –
mówiłam do jego pleców, gdy szedł przede mną jak na skazanie. – Dostaniesz
jakieś fajne gazetki z laskami o dużych cyckach. Albo możesz sobie wyobrazić
jakąś fajną aktorkę. To będzie nasza tajemnica.
Odwrócił się w moją
stronę, mówiąc:
- Weź się już
przymknij, bo wcale mi tego nie ułatwiasz!
- Jaki ty drażliwy. My
kobiety, kilka razy do roku badamy się u ginekologa, a wy, szkoda gadać.
Omijacie lekarzy jak tylko się da. Tchórze – prychnęłam. – O, jesteśmy już przy
drzwiach nr 216.
Jego brązowe oczy
zrobiły się wielkie jak monety. Widziałam jak jego twarz przybiera
przestraszony wyraz twarzy.
- Nie będzie źle. Nie
ty jeden poddajesz się takiemu badaniu.
- Idę… - jęknął,
chwytając klamkę. – Nie, nie dam rady.
- Nie cykaj się
chłopie. Nie teraz! Bo wejdę tam z tobą.
Spojrzał na mnie jakbym
powiedziała absurdalną rzecz, jaką byłam w stanie wymyśleć.
- Nie ma mowy! –
mruknął, naciskając klamkę.
Nie wiem ile czekałam w
klinice, zanim Taylor wszystko załatwił. Trochę to potrwało, a gdy już wyszedł
zza tamtych drzwi, powiedział do mnie jedno słowo „spieprzamy”. Śmiać mi się
chciało z jego miny, ale zrobiłam to, co chciał. Przebrnęliśmy autem
kilkadziesiąt myśli w ciszy, zanim przerwałam milczenie.
- I co?
- No nic, wyniki będą
za tydzień. To było coś strasznego. Nigdy więcej…
- Daj spokój. Tylko mi
nie mów, że nigdy się nie masturbowałeś.
7 komentarzy --> Rozdział 18
Rozdział super ;)
OdpowiedzUsuńTen pocałunek Lisy i Asha taki słodki :D
Mam nadzieję,że limit się szybko wypełni. Czekam ;)
Wbijesz? ^^ bvb-is-our-paradise.blogspot.com
Przeczytałam i stwierdzam...
OdpowiedzUsuńZaajebiste *-*
Ten pocałunek taki słodki, a po nim jeszcze bardziej słodko <3
Nie wiem jak ty sądzisz, ale Ash i Lisa do siebie zajebiście pasują ;_;
I zapraszam do mnie (ehh, to znaczy na mojego i przyjaciólki) na bloga :D
Rozdział super.
OdpowiedzUsuńjednak końcówka najlepsz XD
"Trochę to potrwało, a gdy już wyszedł zza tamtych drzwi, powiedział do mnie jedno słowo „spieprzamy”." Hahaha
Czekam na następny rozdział ;*
Uch, wszystko nadrobiłam i jestem zachwycona.
OdpowiedzUsuńCzekam na więcej!
Pozdrawiam i zapraszam do siebie.
http://olivier-sykes-story.blogspot.com/
Hey extra rozdział uwielbiam twojego bloga oby tak dalej>>>Noele
OdpowiedzUsuńGenialny rozdział.
OdpowiedzUsuńYeY w końcu się pocałowali ^^
Ja akurat ostatnio odkryłam w sobie powołanie do pokera. Grałam pierwszy raz z siostrą, która siedzi w Tym od roku i za każdym razem wygrywałam. "Kto ma szczęście w kartach, nie ma szczęścia w miłości" - Czysta prawda.
I ta końcówka, "spieprzamy". Moja mina była bezcenna.
Mam nadzieję, że wyniki będą pomyślne.
U mnie na blogu pojawił się nowy rozdział. http://letsshadowsdiesoicanfeelalive.blogspot.com/
Pozdrawiam i życzę weny.
Niedawno temu odkryłam twojego bloga i jestem mile zaskoczona. :)
OdpowiedzUsuńFabuła jak na razie ciekawa, akcja jest, wątki humorystyczne też...Żyć nie umierać.
Fajnie, że są na ziemi osoby z takim talentem do pisania jak ty :)
Życzę kopa w tyłek od weny i czekam na następny kochana :*
////Black Rose
Świetny rozdział i ogólnie opowiadanie. Mam nadzieję, że Taylor'owi i Alice się uda i będą mieli upragnione dziecko. Tak samo kibicuje Lisa'ie i Ash'owi. Mam nadzieję, że duchy przeszłości nie wkroczą znów w teraźniejszość Lisy i że upora się z nimi. Z niecierpliwością czekam na następna część.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ;)
S.
Jest super, rodział genialny.....Wybacz, ale jakoś nie ma sił do napisania bardziej składnego komentarza.
OdpowiedzUsuńCześć
OdpowiedzUsuńChciałam cię szczerze przeprosić za to,że komentuję tak późno.Mam nadzieję,że nie jesteś zła.Przeczytałam już wcześniej ale jakoś tak nie mogłam się za każdym razem zebrać na komentarz.
Rozdział jest jak zwykle bardzo fajny *jak widać brak mi określeń*.
Przypomniało mi się jak grałam z kolegą w pokera i za każdym razem przegrywałam.Na szczęście wygrany miał tylko satysfakcję.Na nic więcej na szczęście się nie zgodziłam.Biedny Ash przegrywał.Jakie męki musiał znosić.Czy o dziwne,że bawi mnie to całe zajście? Oj on to jednak koniec końców jest zboczony i nic tego nie zmieni.
Pocałunek Ashley'a i Lisy był taki...no taki...no wiesz jaki.Przepraszam nie wiem jak to określić.Uroczy i romantyczny.
Biedny Taylor.Śmiać mi się chciało z jego reakcji.To całe zajście w tej klinice było takie zabawne.Szedł jak na jeniec po prostu.I potem jeszcze chciał uciekać.
Czekam na kolejny rozdział.Życzę ci bardzo dużo weny i dobrych pomysłów.
demoniczna-melancholia.blogspot.com zapraszam na nowy :)
OdpowiedzUsuńJuż tyle komentarzy a gdzie następny rozdział ?? Proszę... nie mam co czytać ;c ps. świetne historyjki :D Lisa i Purdy to jest cos :D
OdpowiedzUsuńCześć!
OdpowiedzUsuńCo za w chuj dobry blog!
W chuj świetny, że tak powiem.
Jjfjueifujffjfjdj
Ashley jest tutaj tak cholernie pociągający!
Masz talent!
Widzę, że nie ma Cie teraz na tym bloooguu, ale żyję nadzieją, ze w końcu coś dodasz!
Trzymaj się i weny!
*kryptoreklama*
Zapraszam do siebie
http://just-to-lose-control.blogspot.com
http://we-are-powerless.blogspot.com
*koniec kryptoreklamy*
Niedawno odkryłam twój blog i mogę z czystym sumieniem stwierdzić że jest super. Naprawdę nie mogę doczekać się next'a. Co do rozdziału to końcówka mnie rozwaliła xD a ten pocałunek Lisy i Ashleya... *-* No, nie przedłużając to życzę ci jeszcze dużo weny i aby kolejne rozdziały były coraz to lepsze :) ~ Black Angel
OdpowiedzUsuń