Wczoraj kurier przywiózł mi płytę, cieszyłam się jak małe dziecko. Crown of thorns, Drag me to the grave i Walka away grają mi naprzemiennie w głowie xD.
Nie wiem kiedy następny, pisze się co prawda, ale przed najbliższe tygodnia nie mam dnia przerwy więc musicie zrozumieć. Postaram się dodać r.4 w następnym tygodniu koło czwartku, ale nie obiecuję :). Wiecie, że to moja pierwsza wolna sobota od czerwca?
Aha, dziękuję za wszystkie komentarze <3, są cholernie motywujące! Na wykładach piszę fragmenty, których użyję kiedyś w przyszłości :D
Aha, dziękuję za wszystkie komentarze <3, są cholernie motywujące! Na wykładach piszę fragmenty, których użyję kiedyś w przyszłości :D
_____________________________________________
Lisa
Weekend
minął mi nieubłaganie szybko. Zadbałam o siebie porządnie, tj. kosmetyczka,
fryzjer i inne bzdety. A co mi tam, zrelaksowałam się, zbierając energię na
długi męczący czas, który mnie czekał. Dwa dni wolnego, sprawiły, że zdałam
sobie sprawę, iż nie wyobrażam sobie życia bez muzyki od podszewki. Cholera,
nawet siedząc na obrotowym krześle u fryzjerki, zastanawiałam się nad jakimiś
nowymi motywami. Czy to nie jest już chore? Od pracoholizmu wcześniej
uciekałam, a teraz się w nim zatracałam. Dwie sprzeczności, które nacierają na siebie.
Wierzę,
że każdy skrywa w sobie jakieś tajemnice. Mroczną, inni bardziej kolorową,
jednak pod przykryciem. Nienawidziłam jak ludzie pytali mnie skąd jestem, tak
wiem, zdradzał mnie akcent, który nijak mijał się z tym brytyjskim. Nawet myśli
w głowie cenzurowałam, bojąc się, czy aby ktoś na świecie nie posiada zdolności
czytania w myślach. Człowiek z natury jest cholernie dociekliwy, i to nie jest
dla mnie łaskawe. Pytają także o moją rodzinę, bez grudek odpowiadam, że jestem
sierotą i że wychowywali mnie rodzice Taylor’a. Połowiczna prawda, lekko
ubarwiona, doskonale maskująca to, co ukrywałam i co najważniejsze, zamykała im
usta. Szczerze, wystarczy powiedzieć, że bliscy zginęli w wypadku i zalać się
smutkiem, aby zakończyć niezręczny dla nas temat. Wiem co mówię, mam w tym
wprawę.
W
poniedziałek, wpół do dziewiątej wstałam. Miałam półtorej godziny do
zameldowania się w studiu. A czasu potąd, aby na spokojnie się wyrobić.
Prysznic dodał mi psychicznej energii. Rozczesując długie blond włosy, które sięgały
mi trochę poza linię stanika, przyjrzałam się w lustrze swojej twarzy. Nie
musiałam słyszeć komplementów na swój temat, doskonale wiedziałam, że byłam na
swój sposób piękna. Piękność jest wtedy, gdy siebie akceptujemy. To co tyczyło
się wagi, pozostawało wiele do życzenia. Posiadałam ciało ideału kobiecego
piękna; duży biust, wąska talia i szerokie biodra. Nie to co na wybiegach,
mogło dostrzec ludzkie oko. Założywszy szlafrok, poszłam do kuchni, przy okazji
włączając telewizję. O, wiadomości, i co się wydarzyło w tym piękny kraju w
nocy? Otworzyłam lodówkę, wzrokiem przeszukując półki, pustką nie wiało, ale
pełna po brzegi też nie była. Dobra, niech będą kanapki z chleba orkiszowego,
drobiowej szynki, papryki i ogórka. Zdrowo, sycąco i mało kalorycznie. Miałam
bzika na punkcie zdrowego odżywiania, ale na szczęście nie na tyle, abym
musiała liczyć kalorie, co do grama produktu i zapisywania tego w dzienniczek.
Było tak kiedyś, istna obsesja, z którą musiałam długo walczyć, aby ją
przezwyciężyć. Bez psychologa i wsparciu bliskich, nie dałabym rady.
Za
pięć dziesiąta już schodziłam schodami w dół. Wyciągnęłam z kieszeni pęczek
kluczy, gdzie wybrałam jeden z czerwoną nakładką. Otworzyłam drzwi i weszłam do
większego pomieszczenia o ciemnych ścianach i takim samym wystroju. Śmiałam
się, że to była poczekalnia; automat z napojami i czarne kanapy, to wszystko
tworzyło takie wrażenie. Przecięłam kilka metrów szerokości pokoju, znajdując
się tuż, tuż przy drzwiach od studia, usłyszałam czyjś śmiech. W sumie to kilka
śmiechów, między innymi należących do Taylor’a i Bob’a, reszty głosów nie
znałam. Instynkt kazał mi spieprzać, a ciało ruszyło dalej. Kiedy ręka
zatrzymała się na klamce, zawahałam się. Zanim podjęłam decyzję, akcja wokół
mnie jakby nabrała tempa, i niespodziewanie poczułam jak coś ciężkiego we mnie
uderza. Zachwiałam się, serce mi stanęło, psychicznie przygotowując się na
ogromny ból, który… nie nadszedł. Coś, a raczej ktoś, który na mnie wpadł, to
był Jake Pitts. I złapał mnie w pasie, ratując przed upadkiem. Wybałuszyłam na
niego oczy, zdając sobie sprawę, że przede mną stał gitarzysta zespołu, którego
bardzo lubiłam. Czy mogło być lepiej?
-
Ciebie wypuścić do kibla na sekundę, a już lecisz na inne laski. Co Ella na to
powie? – Andy Biersack wybuchł gromkim śmiechem na to zdarzenie. Reszta osób
znajdujących się w studiu także.
Jake,
gdy oprzytomniał i zdał sobie sprawę, że trzymał mnie w mocnym uścisku,
najpierw delikatnie się zaczerwienił, a następnie wypuścił mnie ze swojego
objęcia.
-
Przepraszam, nie chciałem – mruknął, posyłając mi delikatny uśmiech.
-
Spokojnie, nic się nie stało. A tak w ogóle, Lisa Greene jestem – przedstawiłam
mu się, wyciągając w jego stronę rękę.
Spojrzał
na nią, jakbym mu chciała dać jakieś tabletki na przeczyszczenie.
-
Obiecuję, że nic ci nie zrobię i będę trzymała ręce przy sobie. – Wybuchliśmy
jednocześnie śmiechem.
-
Jake. Jake Pitts. – I ucisnął mi rękę. Chyba jej nigdy już nie umyję!
Weszliśmy
dalej, ledwo co przeszłam próg pomieszkania, a Andy Biersack znalazł się tuż
przed mną. Szczerzył w moją stronę zęby, pochylając się w moją stronę. Co za
żyrafa! Przedstawił się czarująco i na tym się skończyło, bo oberwał od
przyjaciela nieźle mocnego kuksańca w bok.
-
Za co, kurwa?! – syknął, wykrzywiając się na boki.
Jake
w odpowiedzi pokiwał na niego palcem ostrzegająco.
Przerzuciłam
oczami, patrząc karcąco na Boba Rock’a. Ten tylko wzruszył ramionami „czego ty
ode mnie chcesz kobieto”, wracając do wcześniejszej swojej roboty.
-
A gdzie wasza reszta? – spytałam.
-
Nasza druga większa, a zarazem gorsza połowa leczy kaca – Jake dumnie uderzył
się w pierś jak tarzan.
-
Jak to leczy kaca?! – syknęłam przez zaciśnięte zęby, patrząc na Rock’a, który
zajęty, zakrył się papierami. – Mieliście być wszyscy o dziesiątej!
Biersack
w jednej sekundzie skurczył się jak pomidor w piekarniku na termoobiegu. Diabeł
wcielony; zapewne pomyślał. No i bardzo dobrze, niech wie, że nie będzie ze mną
przelewek i będzie ostra, wyczerpująca praca.
-
Daj spokój, mieliśmy ostatni dzień wakacji. – Pitts machnął ręką w taki sposób,
jakby niestawienie się na spotkanie było tylko błahostką.
Zadziałało
to na mnie jak czerwona płachta na byka. Nie tolerowałam spóźnień i miałam
zamiar ich nauczyć punktualności. Wygięłam stawy dłoni tak, aby potrzaskały
trochę, robiąc to przybrałam wściekle-surowy wyraz twarzy. Reakcja była szybka
i taka jakiej się spodziewałam. Chłopaki zrobili duże i przerażone oczy.
-
To dostaniecie wpieprz za nich, mam doskonały prawy sierpowy – powiedziałam,
wykrzywiając usta w bezczelnym uśmiechu. Wykrzywiłam stawy palców i dłoni we wszystkie
strony, przygotowując się do ciosu.
Andy
zapiszczał i zrobił gwałtowny zwrot, potykając się o krzesło, i jak długi
rąbnął o podłogę. Jake także chciał zwiać w tę samą stronę, co wokalista, z tą
różnicą, że wylądował na dość miękkim mężczyźnie. Zaczęłam się rechotać jak
głupia. Przecież dwóch facetów bez problemu dałoby radę z taką chudziutką
dziewuszką. I tak to jest z tymi mężczyznami, nie trzeba mieć mięśni jak
ciężarowiec, aby ich okiełznać.
-
Jakie tchórze – wyjęczałam, dławiąc się ze śmiechu.
Nagle
do pomieszczenia wszedł Taylor z… Rob’em Nicholsonem. Aż zakrztusiłam się
śliną, ktoś poklepała mnie po plecach, nie miałam pojęcia kto. Zamrugałam
oczami, sprawdzając, czy aby na pewno nie mam zwidów. Blasko uśmiechnął się do
mnie, oznajmiając:
-
Jestem Rob, menadżer Black Veil Brides. A ty to zapewne Lisa?
-
Yeaaa – szepnęłam, nie spuszczając z niego wzroku.
Andy
Biersack zasłonił mi, niespodziewanie, widok, przybierając poważny wyraz
twarzy. Że też teraz chciał być taki iście profesjonalny. Chrząknął w moją
stronę, jakbym jeszcze nie zauważyła, a z tylnej kieszeni wyciągnął złożoną
kartkę.
-
Mamy z Rob’em kilka uwag dotyczącej naszej współpracy, zatem prosimy o
uszanowanie naszych praw.
Zamrugałam
oczami, że co on do mnie powiedział? – Żartujesz, prawda?
-
Nie, skądże.
Zapowiadała
się owocna współpraca.
Ashley
Nasze życie zbliżało się ku końcu.
Wyjechaliśmy na ulicę z piskiem opon. Nie kwapiłem się by stać na czerwonych
światłach, kiedy byłem pierwszy na skrzyżowaniu. Przy 1201 W 5th Street T-110 w Los Angeles znajdował
się wysoki budynek, wykonany z czerwonej cegły, w którym mieściło się nasze
nowe studio. Przeszliśmy przez wielkie, mosiężne drzwi, ujrzeliśmy otwartą
przestrzeń i milion schodów prowadzących donikąd. CC skomentował to tak:
- O kurwa, po pijaku lepiej stąd nie
wychodzić. To jest jak… jak…
- Labirynt – mruknął Jinxx.
Będąc tutaj wcześniej jakiś czas temu,
wraz z Andym, doskonale wiedziałem, gdzie mamy iść. Przeszliśmy odpowiednią
ilość tym kurewskich schodów. Stanęliśmy pod kasztanowymi drzwiami, ja się
zawahałem. Czy opłacało się w takim młodym wieku pchać się do paszczy lwa?
Odetchnąłem głęboko, gdy świat delikatnie mi zawirował przed oczami,
stwierdziłem, iż głowa przestala mnie boleć, to musiał być dobry znak. I bez
pukania, wparowałem do pomieszczenia, w przeraźliwie szybkim tempie, mało co
nie wpadając na Jake. Rozejrzałem się pospiesznie po pomieszczeniu; Andy
rozmawiałam z naszym producentem Bob’em Rockiem. Chciałem powiedzieć, że
przepraszam, lub coś w tym stylu, kiedy:
- Gdzie wy łaziliście, do cholery!? –
Powitał nas na „dzień dobry” Pitts.
- Możesz odrobinę ciszej – poprosiłem. –
Niektórych boli jeszcze głowa.
- Ciekawe, czemu? – zastanowił się. – A…
Już sobie przypominam, Coma, lał wam dalej wódkę, mimo moich protestów. I co
odpowiedział Jinxx. – Tu spojrzał na niego karcąco. – Że ma to w dupie! A ty mu
zawtórowałeś, Purdy.
- Wczoraj to jakoś nie narzekałeś –
wymruczał cicho perkusista.
Podsumowałbym go tak – cicha woda brzegi
rwie – Jake był spokojnym chłopakiem młodszym ode mnie, który potrafił bez
problemu powiedzieć prosto w oczy, co tak naprawdę myśli.
Zgniotę go kiedyś jak robaka!
- Zamknij mor... to znaczy buźkę -
poprawiłem się, widząc wściekłą minę Andy’ego.
- Andy założył się ze mną, że nie
przyjdziecie dzisiaj w ogóle – burknął od niechcenia Jake, mierząc nas po kolei
wzrokiem. Zakochał, kurwa, się czy co? - Blasko, kazał wam przekazać, że jak wrócicie
to macie się udać do niego.
- Nie… - mruknąłem zniechęcony.
Chłopaki skitowali to śmiechem. Blasko,
a raczej Rob Nicholson był naszym menadżerem i… trudnym człowiekiem, który nie
znosił spóźnień. A no cóż, nie zaprzeczę, iż robiłem to dość notorycznie.
Chwyciłem za klamkę od drzwi, przez które minutę temu dopiero co wszedłem.
- Powodzenia! – krzyknęli do nas Andy
wraz z Jake’m. Wredność bijąca od nich była w tym momencie wyczuwalna nawet na
kilometr. Odpowiedziałem im cichym warknięciem. Idioci!
Nasz menadżer palił fajkę, na balkoniku,
kilka metrów dalej. Nie wybuchł, nie warknął, nic kompletnie. Stał, zaciągał
się co chwila dymem i mierzył nas po kolei wzrokiem. Traktował nas jak
skazańców, czyhających na śmierć. To było irytujące. Zerknąłem na Fergusona,
przesyłając mu nieme „gadaj coś”, w odpowiedzi dostałem „ty zacznij”. Czemu
musiałem to być ja? Bo byłem najstarszy?
- Ładny dzisiaj dzień, co? Słoneczko
świeci, ptaszki ćw… - Jinxx zdzielił mnie po głowie. Kurwa mać!
- Nie to, idioto!
- Miałem się, kurwa, odezwać! –
syknąłem, rozmasowując obolałe miejsce.
- Zamknijcie mordy! Trzeba… - syknął CC.
Rob odchrząknął głośno, wyciągając
telefon z kieszeni. I ze stoickim spokojem, powiedział: - Jest po jedenastej.
Dokładniej 11:23. - Spojrzeliśmy na siebie, zdziwieni, nie wiedząc, do czego
zmierzał. – Co było ważniejszego, że nie zjawiliście się tutaj o dziesiątej,
tak jak wcześniej się umawialiśmy?
Posikaliśmy się w majty jak nic.
- No co było ważniejszego? – oznajmiłem
pytająco, patrząc się sugestywnie na chłopaków. To była ich wina, niech się
tłumaczą.
- Bo Jinxx…
- Co Jinxx?! Co, kurwa, znowu, Jinxx! –
huknął Ferguson.
- To twoja wina, to ty chciałeś pić, pić
i pić. No sorry, aż nie mogłem utrzymać twojego tempa! A dotrzymywałem ci kroku,
do końca, a ty co? „CC polewaj jeszcze”? No jak ja mogłem odmówić, no, pytam
się jak?!
- Wystarczyło powiedzieć: nie. N-I-E –
przeliterował gitarzysta.
Pokiwałem głową z dezaprobatą.
- Teraz to ty taki mądry. A wczoraj
merdałeś ogonem jak pies z radości, gdy lałem ci wódkę!
- Wczoraj to nie dzisiaj!
- Widzisz, widzisz, z kim ja muszę
pracować?! – mruknąłem w stronę Blasko. – Jak już chcesz mnie zamordować, to
zrób to już. I miejmy to już za sobą.
Nicholson
spojrzał na mnie taki wzrokiem, którego nie dało się rozszyfrować. I chwilę
później pochłonął go śmiech. Zabójczy, histeryczny wręcz szatański.
-
A temu co?! – powiedzieliśmy jednocześnie, lekko zdezorientowani.
To
nie powinien być koniec?
-
Chłopaki… haha… ten klub z transwestytami, powinien być dla was wystarczającą
nauczką. Wszędzie o tym huczą, normalnie jesteście numerem jeden w tabloidach.
"bojąc się, czy aby ktoś na świecie nie posiada zdolności czytania w myślach" - jeeej, nie jestem sama! :D
OdpowiedzUsuńA wracając do rozdziału... no no, robi się coraz ciekawiej. Interesująca współpraca się zapowiada.
Rozdział wyszedł wprpst genialnie.
OdpowiedzUsuńŁadny dzisiaj dzień, co? Słoneczko świeci, ptaszki ćw---Dokładnie tak mówię mamie,że jestem z czegoś zagrożona XDD. Chłopaki będą mieli, niezły rygor.