Ogłoszenie

Rozdziału w tym tygodniu nie będzie, ale obiecuję, że wstawię w poniedziałek. Z powodów osobistych, nie jestem w stanie ani pisać ani poprawić rozdziału. Moje życie trochę się sypnęło stąd ta przerwa, czasami tak bywa, w końcu życie nie jest łatwe i idealne. Nastrój mój jest lepszy niż wcześniej, nadal nad tym pracuję, zatem jeszcze kilka dni i będę sobą. Mam nadzieję, że wena także wróci.

Oj, coś słabo też komentujecie :). Wstawię chyba także limit na bloga. Zobaczę jeszcze...

środa, 7 stycznia 2015

16. So­me thin­gs ne­ver die; they just go quiet for a ti­me but ne­ver go die



Rozdział miał być w poniedziałek, ale mam pewne ee... problemy, więc daję dzisiaj... Do tego brak weny, postaram się zaraz przysiąść do pisania, zobaczymy co z tego wyjdzie :).

Ashley
Wczorajszy wieczór na dachu był magiczny. Do czasu, aż wszystko spieprzyłem. W ułamku sekundy wybudowałem ponownie mur, który przez kilka dni powoli rozbierałem; cegła po cegle. Jej zielone oczy przygasły natychmiastowo, a w nich dało się dostrzec taki smutek, który rozdzierał serce na pół. Lisa wyminęła mnie, a ja pozwoliłem jej odejść, wiedząc, że tego na pewno potrzebowała. Mi towarzyszyła jedna jedyna zmora, która swoją potęgą przypalała mi piętno każdej samotnej nocy. Lecz z tym, co ona musiała walczyć, to musiało być coś strasznego… Byłam tak rozemocjonowany, że nie mogłem długo usnąć. Jeszcze w pościeli czułem delikatny kobiecy zapach, który jedynie mnie bardziej przytłaczał jak głaz.
Gdy to już nastąpiło, mogłoby być bardzo późno w nocy, że gdy zadzwonił budzik, gwałtownie wstałem, lądując z hukiem na ziemi. W lustrze ujrzałem zmęczoną twarz trzydziestolatka, pokręciłem głową z dezaprobatą, opłukując twarz chłodną wodą. To było tak kurewsko kojące. Wziąłem szybki prysznic, stając w samym ręczniku przed szafą. Zarzuciłem na ciało bokserki, czarną koszulę i spodnie - nic nadzwyczajnego. Ogarnięcie włosów zajęło mi znacznie więcej czasu niż ostatnio, na co się spóźniłem o pięć minut. Lisa wcale nie była zła, jedynie posłała mi delikatny uśmiech.
Super, weszliśmy na wyższy poziom.
Jednak potrzebowałem z kimś pogadać, natychmiastowo.
- Taylor, możemy pogadać, sami.
Mężczyzna spojrzał na mnie lekko pobłażliwe, wzdychając głośno.
- Zmówiliście się czy co? No, dobra.
Wyszliśmy na zewnątrz.
- Zaraz, rozmawiałeś z nią dzisiaj? I co ci powiedziała?
- Nie, nie dzisiaj. Kiedyś, eee… to nasze sprawy. – Wyjaśnił pospiesznie.
- Powiedz mi, o co chodzi z matką Lisy?
Taylor spojrzał na mnie zaskoczony, a jego twarz po chwili przybrała odcień białej kartki papieru.
- Wiem, że ona żyje. Sama Lisa mi o tym powiedziała. Tylko tyle.
- Skoro ona ci nic więcej na ten temat nie powiedziała, to ja ci nie pomogę. Nie patrz tak na mnie, ja nie mogę tego zrobić. Musisz z niej to wyciągnąć, powoli, stopień po stopniu. Jej powłoka, w którą się ubrała, skruszy się prędzej czy później. A wiedz, że historia o jej matce ciągnie ze sobą szmat innych okropieństw. Nie jest dla niej łatwe, o tym myśleć, a co dopiero mówić innym.
Zamyśliłem się, analizując jego słowa, literkę po literze, szukając jakiejkolwiek wskazówki. Cała ta sytuacja była cholernie skomplikowana, w co też się wpakowałem…
- Nie załamuj się, chłopie. Będzie w porządku, mam nadzieję. – Poklepał mnie po przyjacielsku, wracając do środka.
Zostałem sam z myślami. Nie bardzo wiedząc jak je ugryźć. Z jednej strony chciałem wziąć nogi za pas, i biec przed siebie ile starczy mi sił. Z drugiej natomiast wszelkie wspominania z nią związane, te miłe i te mniej, przycumowały mnie do jej ciepłego ciała. Przeczesałem niesforne kosmyki palcami, wzdychając głośno. Miałem przed sobą trudny orzech do zgryzienia. Czemu czułem się jak przed konkursem literackim? Nie mając wyjścia, wróciłem do środka.

Lisa
Czułam się trochę głupio. Nie chciałam w jego oczach wyjść na słabą. Nie udało się, wyjawiłam mu część siebie, odkrywając część duszy. Dlatego nie potrafiłam wziąć ostro spraw nagraniowych, dzisiaj. Tak jakby dochodziło wszystko do mnie z opóźnieniem. Jakby coś przygwoździło mnie do ziemi, przyprowadzając za rękę depresję. Gdyby nie Taylor, to chyba nic byśmy nie osiągnęli tego dnia. Podczas lunchu zajadaliśmy się kanapkami, z pobliskiej restauracji fast food. Ash usiadł obok mnie, zaczepiając przy byle okazji. Raz ukradł mi ogórka, później paprykę, następnie trząsł moją ręką, gdy chciałam ugryźć kolejny kęs.
- Przestań, Ash! – burknął, kiedy miałam tego dość.
- Przestań, Ash! – powtórzył, przedrzeźniając mnie.
- Nie powtarzaj po mnie!
- Nie powtarzaj po mnie!
- Jesteś świnią!
- Jesteś świnią!
- Ashley Purdy to zagorzały fanatyk pornosów o kozach!
- Ashley Purdy to zagorzały… że co?
- Ha! Wygrałam! – zaszczebiotałam radośnie.
- Bo to nie fair, zagrałaś faulem.
- Wcale, że nie!
- A właśnie, że tak!
- Jake! – wydarliśmy się jednocześnie, patrząc groźnie na zdezorientowanego gitarzystę, który z otwartą buzią, czekał na przebieg wydarzeń. – Powiedz coś mu/jej!
- Co za synchronizacja – mruknął CC, szczerząc zęby. – Co do sekundy! Kurde, jestem podjadany!
- Zaraz wejdą w wyższy etap, i będzie buzi-buzi. Jeszcze chwila, jeszcze moment i cicho-sza! – trajkotał jak najęty Andy. – Jinxx, przestań mlaskać!
- Nie ma takiej opcji! – Skrzyżowałam ręce na piersi.
- W ogóle, że w ogóle! – Ash zrobił to samo, co ja.
- Teraz udają, takich niedostępnych, ale gdybyśmy się odwrócili na sekundę to lubieżne usta Homo-Purdysapiens przyssałyby się bezceremonialnie do ust przedstawicielki innej płci. – Biersack mówiąc, aż zmrużył oczy.
- Ktoś tutaj ogląda za dużo Discovery, biedactwo. – Taylor poklepał go pobłażliwie po plecach.
- Psujesz scenerię! – Bronił się wokalista. – A tam są najciekawsze programy. O pandach, żyrafach i słoniach.
- I antylopach! Pamiętasz jak taką jedną rozszarpał lew? A ty wyłeś wtedy w poduszkę, krzycząc na całe gardło „dlaczego, niczemu winna antylopka?” – mówił Jake uśmiechając się wrednie.
- To była takie okrutne. Ona bezbronna i znikąd pomocy. Że też puszczają takie filmy. To powinno być zakazane. Ja to zgłoszę, do prezydenta!
Z czasem humor mi się poprawił. I nie musiałam już się sztucznie uśmiechać. Brides’i, byli jak lekarstwo. Że też tak niewiele w życiu potrzeba, aby poprawić swoje wewnętrzne relacje. Śmiech to zdrowie, ten kto wymyślił to zdanie, powinien pławić się w raju na zawsze.
*
Późnym popołudniem pojechałam do Alice. Wraz z Taylorem mieszkali na północnych peryferiach Los Angeles, w małym domku z ogrodem. Wchodząc na posesję witał biszkoptowy labrador, merdając ogonem we wszystkie strony. Idealnie wykreowane miejsce, o którym każda dziewczynka marzy mając dziesięć lat. I o gromadce dzieci, których w tym miejscu nadal brakowało. Alice przywitała mnie mocnym uściskiem.
- Dawno cię nie widziałam, chyba urosłaś o kilka centymetrów.
- Bardzo śmieszne – burknęłam, wykrzywiając usta w uśmiech.
- Kawy, a może herbaty chcesz? – spytała. – Pewnie zieloną na uspokojenie, mam rację?
- Tak, może być – westchnęłam, posyłając delikatny uśmiech. – A ciasto jakieś masz? – Bezceremonialnie wtargnęłam do jej kuchni, rozglądając się po szafkach. – Albo chociażby ciastka?
- Mam ciasto czekoladowa jeszcze… Lisa, wszystko w porządku?
- Tak, a czemu pytasz? – Twarz wykrzywiła mi się w grymas. Cholera, brakowało mi powietrza. Usiadłam na pobliskim krześle, podpierając głowę ręką. – Może pogadajmy o tobie, co? Co tam się u ciebie stało w przeciągu tych e… kilku dni?
- Jesteś jakaś dziwna. Co przede mną ukrywasz? Gadaj mi tutaj, bo nie dostaniesz ciasta.
- Bo ten nowy zespół, on… pożera, w całości. Dosłownie. - Alice spojrzała na mnie jak na kosmitę. – Przez tyle lat miałam tylko ciebie i Taylora. A teraz oni wchodzą do mojego życia z buciorami i nie mają zamiaru się wynosić. To miało być zwykłe zlecenie. Tylko biznes. A tu wypytują o to, tamto, siamto! To jest istny cyrk.
- Boisz się, że kłamstwo wyjdzie na jaw.
Spojrzałam na nią zaskoczona. Zawsze najbardziej mnie wspierała, a teraz? Co ona sugerowała? Że kłamię jak najęta, bo mam taki kaprys?
- Dobrze wiesz, że to nie jest moje widzimisię. Nie otoczyłam się grubym murem z kłamstw, z powodu jakiegoś humorku. Po prostu, teraz, boje się, że… że przeszłość wróci ze dwojaką siłą.
- Lisa, kochanie ty moje, całe to twoje życie, którym żyjesz jest fałszywe. Ja to wiem, ty to wiesz. Mówiłam ci milion razy, że musisz uważać, no chyba, że…
Alice w międzyczasie pokroiła ciasto.
- Nawet tego nie mów! Błagam cię.
- Trzeba było nie wdrążać się z nimi w dyskusję, i pozostawić wszystko biznesowo, tak jak być powinno.
- Myślisz, że nie próbowałam. Starałam sie być oschła. Tym byłam bardziej wredna, tym oni bardziej do mnie przylegali. Jakby ich ta wredność do mnie przyciągała.
- O tak, a szczególnie ten jeden. Jak on tam miał? Takie kobiece imię?
- Nawet o nim mi nie wspominaj. Ashley Purdy, moja osobista słabość – bąknęłam. – Woda się gotuje.
Alice przyszykowała nam herbatę.
- A więc jednak się przyznajesz?
- Niby, do czego?
- No wiesz, Lisa. Gdyby się z tobą ożenił, mogłabyś częściowe odetchnąć z ulgi. – Wyszczerzyła do mnie zęby.
- Ta… tylko wątpię, aby chciał to zrobić. Zresztą, zmieńmy temat, bo znowu dopada mnie melancholia. Opowiedz mi, co u ciebie?
Kobieta westchnęła, podając mi herbatę i siadając obok.
- Lisa, chyba chcesz, abym ja także pogrążyła się we smutku. Doskonale wiesz, że u mnie nic nowego. Że czekam i czekam, i będę czekać w nieskończoność.
I wtedy zastanowiłam się, czy aby jej nie powiedzieć. Potrząsnęłam głową odganiając takową myśl. W końcu obiecałam, musiałam dotrzymać słowa. Z taką decyzją wbiłam łyżeczkę w puchatą strukturę ciasta, którą mnie poczęstowała.
Miałam dwadzieścia pięć lat, doskonale wiedząc, że zegar biologiczny już dawno zaczął mi tykać. Jednakże byłam młoda, całe dnie w biegu, doszkalając siebie bardziej niż się wydało, że można. I stojąc w takim, a nie innym miejscu, nie potrafiłam się odnaleźć w jej sytuacji. Chciałam mieć rodzinę, kiedyś. Alice chciała mieć teraz i nie mogła. Czemu rodziny, które nie mają pieniędzy na jedzenie posiadają szóstkę dzieci, a inni nie mają wcale? Świat był niesprawiedliwy, spoglądając prawdzie w twarz.
Weekend spędziłam na rozmyślaniu głównie. Bagatelizowałam wszelkie oznaki słabości, zatracając się… Kiedyś wydawało mi się, że palpitacje serce to już była miłość. Teraz mając więcej lat niż kiedyś, widziałam, że to tylko namiastka. Mając naście lat błądziłam niejednokrotnie w tej bezsensowności, potykając się co chwilę o rozczarowanie. Niejeden facet miał być moim księciem, który wyswobodzi mnie od zguby. Natomiast teraz, czułam się jak ryba, która odnalazła jezioro o dogodnych warunkach. Tym głębiej utwierdzałam się w fakcie, że związek z Ashley’em Purdy’ym może brzmieć obiecująco, tym bardziej przerażała mnie istota bolesnego upadku. Czemu widziałam od razu dwa końce i nie mogłam w pełni wyluzować? Los wcześniej nie był dla mnie łaskawy, po prostu, i teraz, trzymałam się na baczność. Instynktownie. Odkąd mieszkam w Los Angeles nie miałam chłopaka, oczywiście, że umawiałam się na randki. I to byłoby tyle… Mając osiemnaście lat, kiedy to najlepsze lata ma się przed sobą, ja jak gdyby nic, wielce niewzruszona zamknęłam się w swojej skorupie czekając na lepsze czasy. Które przecież nigdy mogły nie nadejść. Gdy zamykałam oczy widziałam niewyraźną męską twarz, która chyba się do mnie uśmiechała, z daleka widać było przenikliwe ciemne oczy. Czemu Ash wszędzie mnie nachodził? Napastował mnie, nawet w snach. Choć to były piękne sny. Na jego słodkie zaczepki w smsach nie reagowałam. Myślałam o nich próbując zasnąć w sobotnią noc, choć to nie było łatwe. Ashley chciał się ze mną umówić, wpierw pytając „jakie plany na weekend?”, a potem było już gorzej „to może kino?”. Nie zbywałam go, tylko olewałam, a ten swoje dalej, widząc, że odrzucałam jego połączenie. Dziwiłam się, że jeszcze nie zawędrował do moich drzwi. Jak to było; odpukać w niemalowane, aby nie zapeszyć? Może i chciałam go zobaczyć, spojrzeć na jego twarz, zatonąć w brązowych oczach i… To jednak mój mózg hardo machał mi przed oczami karabinem maszynowym. Chciałabym się w tym zatracić jak przeciętna kobieta, która przeżyła zwykłe błogie życie wiejące nudą. Jednak nie mogłam, coś mnie nadal blokowało.
Byłam jak popsuty telewizor, którego nie da się naprawić.

5 komentarzy:

  1. O matko biedna Lisa.Ta jej sytuacja uczuciowa jest bardzo skomplikowana.Szkoda takiej fajnej dziewczyny.
    Ashley nie poddawaj się! Mówię to pierwszy i chyba ostatni raz.W końcu nadejdzie lepszy dzień.
    Mam nadzieję,że oni jeszcze z Lisą będą razem.Ich związek byłby taki..ciekawy.
    Andy naoglądał się telewizji i kanałów przyrodniczych.Haha to był chyba najśmieszniejszy moment w całym rozdziale.
    Z każdym rozdziałem utwierdzam się w przekonaniu,że masz talent.To opowiadanie jest po prostu wspaniałe.
    No i życzę ci bardzo dużo weny.Żebyś jakoś znalazła czas do pisania.No i wszystkiego,czego potrzebujesz.
    Czekam na następny rozdział.
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudny rozdział.
    Szkoda mi Lisy, widać, że do końca nie jest pewna swoich uczuć.
    A nawet jeśli jest, to nie chce dopuścić do siebie wizji związku z Ashley'em.
    Ale jestem pewna, że niedługo się określi i wszystko będzie dobrze.
    Andy rozłożył mnie na kawałeczki.
    Kocham Cię za niego, w Twoim opowiadaniu jest przezabawny i zawsze potrafi poprawić mi humor.
    Pozdrawiam i życzę ogromu weny, trzymam kciuki, żeby wszystko się ułożyło :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepraszam..!! Wiem, zawaliłam po całej linii. Ty komentujesz u mnie każdy rozdział, a ja Cię zaniedbałam przez kilka rozdziałów. Wstyd mi serio. Obiecuje się poprawić!:* a może to moje ego podświadomie nie pozwala na pisanie ich? O.o Bo jakby nie patrzeć jesteś jedną z lepszych bloggerek. W każdym razie dla mnie. Wiesz ja sobie tak określam kto już jest tym lepszym, a kto dopiero zaczyna przygodę z pisaniem. I ty zdecydowanie jesteś w tych lepszych na podium *.* Ty masz tak rzadki styl pisania bo jednocześnie i jest to cholernie profesjonalne, rozpisane i niby perfekcyjne (a wiadomo, że nie wszyscy przepadają za takim stylem pisania bo wydaje się on ciężki), a jednocześnie lekki, przyjemny i taki trochę na "chłopski rozum". Jak dla mnie bomba! <3 Dlatego te 6tys. wyświetleń mnie dziwi! Tu powinno być 60!*.* Dobra już Ci nie słodzę, przechodzę do konkretów.:D
    Widzę, że obie nasze bohaterki mają krótko mówiąc przejebane z matkami :3 W ogóle tak bardzo Like ta ich rozmowa przy stole! :D Przytoczyłabym tu parę fragmentów, ale nie da się kopiować, a ja jestem zbyt leniwa, żeby tyle przepisywać. yhyhxD Tak ogółem to jestem zachwycona jak zawsze :p Uwielbiam twoje poczucie humoru, a rozdział z zakupami był jednym (z trzech) z najlepszych jakie kiedykolwiek przeczytałam! :* Poprzedni rozdział, padłam! :D A chłopcach już nie będę się rozpisywać to chłopcy to chłopcy. Ich nie ogarniesz :D Ale Lisa nieźle naskoczyła na Purdy'ego. Ha! Wyobraziłam sobie to. On z niewzruszoną miną, a ona gotowa zabić, uwielbiam takie akcje *.*
    Dobra kochana, pozdrawiam gorąco,życzę cholernie dużo weny, której pewnie Ci nie brak i no dużo siły do rozwiązywania problemów :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ashley się nie poddaje. Na szczęście. Andy jako narrator. Chciałabym obejrzeć jakiś program, gdzie bawiłby się w lektora. Tyle, że musiałabym to obejrzeć ze dwa razy, bo jego głos za bardzo rozprasza. O Lisie i jej problemach nie będę się wypowiadać. Ale czekam, aż w końcu zrozumie, że szkoda tracić czas na rozpamiętywanie przeszłości, jakakolwiek by ona nie była.
    Okej, to życzę weny. I zapraszam na 62 ;)
    http://myworld-meandblackveilbrides.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak dawno nie komentowałam, ale szkoła i semsetr i tyyyyyyle nauki *Macha rekami w powietrzu,żeby pokazać ile*
    rozdział wyszedł świetnie, cholernie mi się podoba. Jak każdy na tym bloga. Masz wielki talent, ja chce przeczytać twoją książkę. Amen
    Ash. brawo chłopie za wytrwałość, godne podziwu.
    Lisa, taka niepwena tego co czuje. To piękne
    Andy..No Andy...XDDDDD
    Pozdrawiam i Zapraszam na prolog nowego opowiadania
    psychedelic-dance.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń