Ogłoszenie

Rozdziału w tym tygodniu nie będzie, ale obiecuję, że wstawię w poniedziałek. Z powodów osobistych, nie jestem w stanie ani pisać ani poprawić rozdziału. Moje życie trochę się sypnęło stąd ta przerwa, czasami tak bywa, w końcu życie nie jest łatwe i idealne. Nastrój mój jest lepszy niż wcześniej, nadal nad tym pracuję, zatem jeszcze kilka dni i będę sobą. Mam nadzieję, że wena także wróci.

Oj, coś słabo też komentujecie :). Wstawię chyba także limit na bloga. Zobaczę jeszcze...

czwartek, 4 grudnia 2014

10. Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by

Ostatnie dni - brak weny. Cholerne PMS i depresyjny stan, ale już ok. Męczę pisać rozdział 16 :).
Rozdziału nie sprawdzam przed dodaniem, bo mi się nie chcę. Wróciłam z zakupów, gdzie miałam sobie kupić prezenty na gwiazdkę i urodziny :P.




Ashley
Pomysł z pójściem do studia po alkoholu, nie był mądrym posunięciem. Schody wydawały się być bardziej strome niż zapamiętałem i chyba było ich nawet więcej. A drzwi prowadzące do pokoju dziennego w studiu, ciężko się otwierały. Wpadłem na kogoś, przewracając zaskoczoną osobę i lądują na nim, jakby to był zwykły dywan.
Długie blond włosy, to ona. Moja wybawicielka, mój anioł. Uśmiechnąłem się w jej stronę. Tajemnicza euforia opanowała moje ciało, czułem się taki lekki i szczęśliwy, jakbym miał zaraz odfrunąć. Dostałem skrzydła i mogłem latać…
- Cześć, Piękna – powiedziałem, uśmiechając się szelmowsko.
- Idioto – warknął… Andy?
Moment.
Ocknąłem się, to była tylko... Iluzja? Fatamorgana?
- Możesz z łaski swojej, zejść ze mnie?
- Tak, tak... - wyjąkałem. Nie spuszczając z kolegi wzroku, zeszłemu z niego.
- Nie patrz się tak na mnie. Ja cię bardzo lubię, ale ty i ja: to nie wchodzi w grę. Przykro mi. Zdecydowanie wolę dziewczynki, ty chyba też, tak, więc… Ash? Wszystko z tobą w porządku? Zrobiłeś się taki blady.
- Czuję się dobrze. Wręcz tętnie życiem i euforią. Właśnie tańcowałem sobie na tęczy, kiedy ty… – burknąłem, omijając przyjaciela.
- Zaraz… Piłeś?
- Raz nie zawsze – bąknąłem. – Lisy nie ma?
- Na twoje szczęście, Ash. Zadeklarowała, że udusi cię gołymi rękami, lepiej wróć do domu, zanim cię twoja piękność zamorduje z zimną krwią.
- Moja piękność, fajnie to brzmi jakby się zastanowić.
- Wątpię, żeby sama zainteresowana tego by chciała.
- Nie obchodzi mnie to. Mam zamiar wziąć od niej to, co mi obiecała przez telefon.
Andy wybałuszył na mnie oczy.
- Nie tak dosłownie. Ale musi się ze mną spotkać, choćby nie wiem co. Zresztą, Andy, powinienem cię zamordować, za dawanie mojego numeru na około.
- Przecież z CC daliśmy go tylko Lisie.
- No właśnie. Hm… Dam twój numer fankom, będzie ciekawie.
- Nie, Ashley, błagam, nie rób tego.
Rzuciłem się jak długi na kanapę, może to nie było moje miękkie łóżko, ale nie będę narzekał. Dochodziła dwudziesta druga, a w studiu byliśmy tylko we dwójkę.
- Weź już spadaj do domu, ja też idę.
Zerknąłem na niego spod kurtyny ciemnych włosów. Stał i patrzył się na mnie z troską, z uniesionymi brwiami.
- Jej tutaj i tak nie ma, to bez sensu.
- Może pójdę do niej, to tylko piętro wyżej, wiem gdzie mam iść – wyszczerzyłem zęby. – Albo nie, to może być zły pomysł. Jak mi znowu otworzy w tym seksownym szlafroku, to chyba nie dam rady stamtąd wyjść.
- Kiedy ją widziałeś w… Zresztą, czemu mnie to interesuje? Ok, jak sobie chcesz. To trzymaj klucze.
Poczułem jak pęk kluczy uderzył mnie w okolicy bioder. Syknąłem na niego, nadal nie wstając. Słyszałem jak wychodzi, a z jego odejściem nadeszła usypiająca cisza. Wsłuchiwałem się w nią; huczny świat Hollywood był tutaj ledwo co słyszalny, przez odpowiednio wyciszone ściany. Było cholernie przyjemnie, a ja czułem jak powieki ociężałe skrywały moje oczy. Odlatywałem w sen, kiedy usłyszałem jak ktoś przekręca klucz w zamku, a raczej próbuje.
- Cholera, co za debile! – Lisa bąknęła głośno. – Zostawili otwarte drzwi!
- Ja tutaj pilnuję – powiedziałem miękko, nawet się nie poruszając.
Ta w odpowiedzi wydarła się tak głośno, że z wrażenia aż spadłem z kanapy na plecy. Lisa zapaliła światło.
- Kurwa, oszalałaś?! – syknąłem, mrużąc oczy.
- To ty się chowasz w ciemnościach przy otwartych drzwiach!
- Za to ty… Zaraz, fakt. To mój błąd, wybacz.
- A teraz powiedz mi, koleś, co ty tutaj robisz?! Jest w sumie już noc.
- Niech pomyślę… - zacząłem iście teatralnie, udając, że myślę. – Spałem, zanim tutaj nie wparowałaś robiąc ogromny hałas! Dziwię się, że nie obudziłaś swoim krzykiem sąsiadów.
- Jeny, facet, zapomniałam czegoś… A ty nie masz domu do spania?
- Mam, to znaczy nie… A co, nie wolno mi!? – Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, bacznie się jej przyglądając. Lisa miała na sobie to samo, co rano, tj. koszulkę i dżinsy. Przechyliłem delikatnie głowę, w sumie to nie wiem, w jaki celu, aha no fakt. Zapomniałem. Wyobraziłem sobie ją w tej małej czarnej, którą ubrała na imprezę zeszłej nocy.
- Ej, ty! – bąknęła, machając mi przed nosem ręką
- Czego?! – warknąłem, gdy zostałem brutalnie ściągnięty na ziemię. Wolałem tamtą rzeczywistość, w której dziewczyna była słodka i seksowna, a nie, to co teraz. – Daj mi spokój, weź to, co chciałaś i zostaw mnie tutaj samego.
Usłyszałem jak wzdycha.
- Piłeś, znowu?
- Co, kurwa, znowu?! Nie znasz mnie, a twierdzisz, że jestem jakimś cholernym alkoholikiem?!
- Nie powiedziałam tego! – Podniosła nieco ton. – Nie okłamuj siebie, że alkohol nie jest dla ciebie jakimś rodzajem lekarstwa.
- Psycholog się odezwał, od siedmiu boleści – mruknąłem, odwracając wzrok. Struktura ściany nie była wcale taka gładka, jak się wcześniej wydawało. – To ty zmieniasz zdanie milion razy, umawiasz się ze mną, a zaraz lecisz do Jinxx’a.
- Nie, to ty wpierw flirtujesz ze mną, a chwilę później robisz to samo z jakąś kolejną blondynką!
Blondynką? Przecież ona nią była. Zaraz, zaraz… Niech moje kółka zębate w mózgu ponownie się poruszą, już prawie wiem, o co chodzi. Jeszcze sekunda, jeszcze moment, muszę naoliwić cały mechanizm.
Ona mnie widziała z Jane! Tylko z nią!
Szczękę zbierałem z podłogi. Po chwili ciszy, gdy skojarzyłem fakty, a zaskoczenie uleciało, wybuchłem szaleńczym śmiechem.
- Jesteś zazdrosna, kobieto, o mnie. Nie zaprzeczaj! Podobam ci się, inaczej nie byłabyś zazdrosna o inne dziewczyny. Ja jestem, bo to chyba naturalna kolej rzeczy, nie? – Spojrzałem na nią, lecz ta nie patrzyła na mnie. W sumie to podobną rozmowę przeprowadziliśmy dzisiaj rano. – Umów się ze mną. Na kawę i pogadajmy jak normalni, dorośli ludzie.
- Nie, nie, Ash – odpowiedziała prawie szeptem, ledwie co dosłyszałem.
- Ale dlaczego? Umów się ze mną, nooo…
- Nie ma mowy! – Dodała stanowczo.
- Ale czemu nie? Przecież jestem taki faaaajny! – Wydymałem wargi jak małe dziecko, starając się przy tym zrobić najbardziej słodkie oczy, jakie się dało.
- Nie.
Usłyszałem.
Nosz, kurwa jebaną mać!

Lisa
Nie mogłam zaprzeczyć, że to jak Purdy się starał, było słodkie. Nie umiałam tego uzasadnić, po prostu czułam, o, ciepło w żołądku, kiedy błagał mnie, w jego mniemaniu „o jedne, jedyne krótkie spotkanie”. Ta, przez te kilka dni nauczyłam się o nim kilku rzeczy, a jedną z nich było to, że facet się nie poddawał tak szybko. Jedno spotkanie równało się nieskończoności. I tyle w temacie. Gdyby nie blokada we wnętrz mnie, która krzyczała tylko „nie” na każdą myśl skierowaną wokół Ashley’a albo innego przedstawiciela płci męskiej. No nie umiem, kurde, nie umiem zgodzić się, zapomnieć definitywnie i otworzyć nowego rozdziału na nieznane. Powinnam się zabić i po sprawie…
W studiu Ashley łaził za mną i ze słodkimi oczami, prosił, nie, zaraz, on błagał o to, abym się z nim umówiła. Czy to byłaby już randka? Zrobił mi nawet kawę, której odmówiłam wypicia, lubiłam, ale z jego rąk nie chciałam. Skrzywił się wtedy, lecz po chwili przyniósł mi herbatę z cytryną. Chciałam go udusić rękoma, a ten wzruszył ramionami na mój morderczy wzrok, wracając z… cherry coke, którą kochałam. Wyrwałam mu tą szklankę, rozważając wylanie jej zawartości na niego, a ten jak głupi wyszczerzył zęby. Mimo wszystko na jego milionowe pytanie „czy się z nim umówię?” powiedziałam stanowczo; nie. On nie odpuści, cholera jasna. W głowie zaświtała mi głupia i szalona myśl, muszę mu znaleźć inną pannę, lecz czy zniosłabym taki widok?
Koło godziny siedemnastej, w piękny słoneczny dzień zapragnęłam po pracy wyjść na spacer. Bob i Taylor coś tam z chłopakami tworzyli w studiu, a ja potrzebowałam chwili wytchnienia. Idąc schodami na dół, od swojego mieszkania, natrafiłam na Purdy’ego, który pochylał się nad barierką. Przerzuciłam oczami, nawet gdy nie pracuję, to trafiam na niego. Byłam na niego skazana na wieczność?
- Śledzisz mnie? – stwierdziłam, gdy usłyszałam jak się porusza. Szłam dalej przed siebie, nie zważając na pościg za mną. Jeszcze tego mi brakowało…
- Być może.
Usłyszałam.
- Naruszasz moją przestrzeń osobistą. - Zaśmiał się. Chciałam się zatrzymać, odwrócić do niego i go trochę uszkodzić. Tak odrobinkę. – Nękanie jest karalne – dodałam, z nadzieję, że teraz się odczepi.
- No daj spokój. Daj się zaprosić na jedną randkę.
Jakby mnie olśniło i bez grudek powiedziałam: - Myślałam, że nie umawiasz się z dziewczynami na takie rzeczy. – Stanęłam gwałtownie, odwracając się w jego stronę. Ash ledwo co się zatrzymał, nie taranując mnie. Jego klatka piersiowa dotykała mojej. Może to nie było mądre posunięcie znaleźć się tak blisko niego.
- Może i jestem beznadziejnym romantykiem, ale potrafię zaprosić kobietę do kawiarni. Zresztą… nie znasz mnie, więc po co snujesz od razu bezpodstawne wnioski?
Biedactwo, obraziłam jego męska dumę.
- Jedna kawa. – Próbował dalej. Czy on się kiedyś poddaje? – Jedna cholerna kawa!
Chyba Purdy’emu puszczały nerwy. To było takie zabawne.
- Nie lubię kawy – stwierdziłam, uśmiechając się łobuzersko. Przysięgam, że jego szczęka znalazła się na podłodze. Mężczyzna zaczął coś analizować i nagle… posłał mi uśmiech, który pokazywał jego proste zęby. Coś wykombinował, o kurwa!
– Okłamałaś mnie wcześniej, no i teraz. Taylor mówił, że lubisz! Cafe Macchiato!
Spojrzałam na niego pobłażliwie, poprawiając go: - Nie Cafe, tylko Latte jak już.
- Błagam cię, jedno spotkanie. – Jego brązowe tęczówki płonęły błagalnie. Rozpływałam się powoli pod tym spojrzeniem zupełnie jak ta czekolada, którą widziałam. A najgorsze było to, że nie miałam nad tym kontroli.
- Nie dasz mi spokoju, póki się nie zgodzę, prawda?
Przytaknął.
- Jedno spotkanie i przestaniesz mi dupę tym truć?
- Być może, nie obiecuję.
- Niech ci będzie – westchnęłam zrezygnowana. Skoro mu się podobałam, to pewnie tak szybko nie odpuści. Zresztą, z facetami to różnie bywa. Potrafią skakać z kwiatka na kwiatek, kłamiąc prosto w oczy i zmieniając zdanie w ostatniej chwili.
Ashley się rozpromienił i ucisnął mnie czule. Rozpędził się trochę, zdecydowanie.
- Daję ci półgodziny – dopowiedziałam.
Mężczyzna objął mnie ramieniem, szepcząc do ucha: - To gdzie idziemy? Starbucks?
- Nie ma mowy! Oni mają ohydną kawę! – kłamałam jak z nut.
- Ok – westchnął, ale wcale niezrezygnowanie. Przez taki detal by odpuścił? – Możemy iść gdziekolwiek sobie zamarzysz. Ja stawiam!
Posłałam mu słodki uśmiech. – Na to liczyłam. Nie masz wyjścia.
Specjalnie wybrałam taki lokal, do którego taka gwiazda jak on by nie wszedł. Stare plastikowe stoły i krzesła wyginały się pod swoją miękką strukturą. A zwykła, czarna kawa, która stała na ladzie została chyba parzona wczoraj rano. Mimo to, Ashley wszedł za mną, a ja straciłam ostatnie ziarenka nadziei. I jeszcze tutaj ludzi praktycznie nie było, aż zakwiliłam w myślach, że nie ma mnie kto uratować.
W kawiarni (niech już ja tak nazwę) Ash usiadł przede mną. Nie zerknął nawet do karty, bo był zajęty pożeraniem mnie spojrzeniem. Ten facet za siebie nie mógł normalnie. Kurde, zasłoniłam się menu, udając, że czytam. W rzeczywiści nie miałam zamiaru znosić jego przytłaczającego wzroku. Ołowiany ciężar niczym super moc przedzierał się przez cienki laminowany papier.
- Czytaj! – nakazałam, kiedy miałam już tego dosyć. Zerknęłam delikatnie zza karty. Na mój widok Ashley wybuchł gromkim śmiechem.
- Jesteś taka urocza, kiedy się gniewasz – stwierdził po chwili, odwracając wzrok. Zniósł tym ciężar, który mnie przytłoczył. – Powinienem cię zapytać na wstępie o twoje pochodzenie. Ale to już wiem. – Pochylił się znacznie w moją stronę. – Opowiedz mi coś o sobie.
Dostaliśmy swoje kawy, jakiejś kiepskiej jakości. Żałowałam, że nie poszliśmy do tego cholernego Starbuck’a.
- Mam na imię Lisa Greene, mam dwadzieścia pięć lat i…
- Nie o to mi chodziło, glupolu.
Nie wiem, to może trochę dziwne, ale zabrzmiało to iście pieszczotliwie w jego ustach. Och, jego wargi, różowe jak maliny, które… STOP! Na czym skończyliśmy?
- Chcesz wejść koniecznie na tereny, gdzie zakopane są miny, ok. Wiedz, że to na twoje własne żądanie – burknęłam, upijając łyk swojego latte. Nie smakowała idealnie, nie, ledwo co, dało się ją pić. – Nie mam rodzeństwa, jestem sierotą. W sumie to ojca nie znam, a moja matka zmarła jak skończyłam osiemnaście lat. – Wzruszyłam ramionami. Za każdym razem, kiedy opowiadam o mojej małej rodzinie, czuję się jak… ciężko to opisać. Jak kretynka, skrzywdzona przez los, która niczego w życiu nie miała. – Oprócz jej, nie miałam nikogo.
- Przynajmniej w tej sprawie, wiem, co czujesz.
- Nie rozumiem?!
- Tutaj nie ma niczego do niezrozumienia. Jestem sierotą, tak jak ty. Wystarczy. Może pogadajmy o czymś milszym, na przykład, jaki jest twój ulubiony kolor?
Spojrzałam na niego, kiwając głową. Jego brązowe oczy były wypełnione zrozumieniem, którego tam nie powinno być. On nie mógł tego zrozumieć, bo nie znał prawdy. Nie pytał na szczęście o nią, tak jak ja nie pytałam o jego historię.
- Kolor? Poważnie? Z tylu pytań, chcesz dowiedzieć się akurat taki błahostek? Może jeszcze ulubiona bajka z dzieciństwa?
- To żadne farmazony. Dla mnie to podstawowe pytania, to chyba normalne, że chcę wiedzieć o tobie dokładnie wszystko. – Uśmiechnął się delikatnie.
Przerzuciłam oczami, no niech mu będzie, co mi szkoda, skoro dla niego to było takie ważne. – Fioletowy. Zadowolony.
- Bardzo. Fioletowy…? – zamyślił się. – To prawie jak róż!
- To nie jest żaden róż! – odburknęłam, z takim tonem jakby oznajmił mi, że ma cztery ręce. – A twój? – dodałam szybko, widząc jak Ashley zabiera się do bezsensowej dyskusji.
Spotkanie było całkiem inne, od tych wszystkich poprzednich. Mimo że zaparcie twierdziłam, że nie będę mu niczego wyjawiała, a on mi się nie podoba, prawda była odwrotna. W tym facecie była jakaś ikra, przed którym powoli się odkrywałam. Ashley był jak otwieracz do puszek, który stopniową ją otwiera. Spędza mnie to sen z powiek.
To było takie szalone!
__________________
Poprzedni rozdział wyświetliliście ponad 70razy, a są 4 komentarze. Ja jestem miła, ale do czasu. Wiecie, najważniejsze, że mam kartki albo Worda do pisania, to jest dla mnie najważniejsze. Nie muszę tego publikować :). A tak nawiasem: chcę wam już dodać rozdział 13! On jest taki fajny <3

10 komentarzy:

  1. Rozdział świetny *u* Jak zawsze z resztą. Obiecuję że jak będzie mi internet chodził jak należy to będę komentować regularnie :) Czekam na nexta :P Fioletowy? Serio?! Ojej a ja myślałam że czarny XD Ash kochany pijany zboczeniec <3

    My nightmare

    OdpowiedzUsuń
  2. *,* Rozdział suuuuuper !!! Ja chce następny :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hejka :-)
    Jestem chora i nie chcę mi się myśleć. Więc napiszę tylko, że rozdział bardzo mi się podobał.
    Cały czas mam bekę ze sceny Ashley'a i Andy'ego musiał być bardzo najebany skoro pomylił Biersack'a z laską.
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Witajże!
    No cóż, dla zdrowia i życia Purdy'ego lepiej, żeby się nie spijał...
    Fajnie, że jak sobie postawił cel, to do niego dąży. Tylko trochę mi szkoda, że traktuje ją bardziej jak osiągnięcie, niż jako osobę. Ale może jestem przewrażliwiona i przesadzam...
    Jeej, udało się ^_^.
    Fakt faktem, pojawiło się kilka literówek, ale nie wpływają one na komfort czytania.
    Ogólnie zajebiaszcze!
    Pozdrawiam, życzę Weny i czasu ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny rozdział.
    Przepraszam, że ostatnio nie komentowałam, ale naprawdę mam starsznie mało czasu.
    Tak czy inaczej, jest super.
    Nie mogę się doczekać co to będzie z Tymi gołąbeczkami :)
    Weny :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Uhuhu ale fajnie *.* Taki uroczy rozdział.Ashley mnie rozkłada na cząsteczki.Zrobiłaś go tu takiego fajnego.Jak myśle o tym jak się prezentuje w rzeczywistości...wszystkie marzenia mijają. Ash otwieracz do puszek.Takie tam skojarzenia.On jest taki uparty.Ale mnie to z lekka irytuje.Nie dziwie się Lisie.To z Andym.Moja mina-bezcenna.Zaczęłam się śmiać jak opętana.Dobrze więc wspaniały rozdział.Dużo weny ci życzę.Bądź cierpliwa.U mnie też wyświetleń troche jest.Komentarzy brak.Zaintrygowałaś mnie rozdziałem 13.Wiedz że czytam.
    -Melody

    OdpowiedzUsuń
  7. Haha xd
    Biersack laska xd
    Jeblam xd
    Rozdzial super, jak zawsze! *-*
    Hah, Ashley taki slodki uparciuch xd
    Ale slodki ^^
    Zycze weny i czekam na next ^^
    /Victoria Purdy
    Blogger mnie nie lubi, zalogowac sie nie moge ;-;

    OdpowiedzUsuń
  8. Wspaniały rozdział ;* taki uroczy. Rozpisać się niestety nie mogę bo mi się śpieszy ale czekam za to z niecierpliwością na następny
    Przy okazji zapraszam do siebie na 7
    http://iambulletproofbvb.blogspot.com/2014/12/rozdzia-7.html

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozdział świetny , a blog zajebisty :D :D :D
    weny i dobrego humorku :**

    OdpowiedzUsuń
  10. Cześć, po przeczytaniu możesz śmiało usunąć ten komentarz :) chciałabym zaprosić Cię na drugi rozdział mojego bloga, a informuję Cię z tego względu, że widziałam Twoją aktywność pod rozdziałem pierwszym. Tak więc zapraszam na painful-moments.blogspot.com
    Pozdrawiam, Hozie

    OdpowiedzUsuń