Ogłoszenie

Rozdziału w tym tygodniu nie będzie, ale obiecuję, że wstawię w poniedziałek. Z powodów osobistych, nie jestem w stanie ani pisać ani poprawić rozdziału. Moje życie trochę się sypnęło stąd ta przerwa, czasami tak bywa, w końcu życie nie jest łatwe i idealne. Nastrój mój jest lepszy niż wcześniej, nadal nad tym pracuję, zatem jeszcze kilka dni i będę sobą. Mam nadzieję, że wena także wróci.

Oj, coś słabo też komentujecie :). Wstawię chyba także limit na bloga. Zobaczę jeszcze...

wtorek, 25 listopada 2014

8. Each day is dri­ve through his­to­ry

Jestem bardzo rozżalona. Zamówiłam na Alternative Press paczkę: plakat z autografami i gazetę z BVB. Miesiąc czekania, jest paczka, a tam tylko plakat :(. Wybaczcie, że się żalę, ale muszę. Nawet plakat mnie nie cieszy teraz...

Ten rozdział wstawiam bez poprawek, więc za błędy przepraszam :) Ale przejdźmy do rozdziału:
I bym zapomniała: Dziękuję za komentarze <3 :*



Lisa
Jinxx nie miał oporów. Ja też nie. Przyznam szczerze, że alkohol robił tutaj sporo i to bardzo. Potrafiłam w takiej parze tańczyć jak tylko facet chciał. Nie wyglądaliśmy wcale na parę przyjaciół. Nasze ciała stykały się ze sobą tak blisko, niewidzialna siłą ciągnęła nas do siebie, działając jak magnez. Wiedziałam, że będę żałować wszystkiego, co stanie się dzisiejszej nocy. Czułam supeł podniecenia w podbrzuszu, facet napalał się jeszcze bardziej z każdą sekundą. Jednak nie mogłam wyluzować w pełni, kłamiąc sobie prosto w oczy, wmawiałam sobie, iż nie szukałam w tłumie brązowych ciemnych jak węgiel oczu, seksownych kości policzkowych i czupryny ciemnych włosów. Imię tego człowieka gdzieś zawisło w przestrzeni, jakby bało się, że zostanie rozszarpane przez głód języków ognia płonących w duszy. Wieki temu obiecałam sobie jedno, nie pozwolę już nigdy przenigdy się zakochać i zranić przed tego samego mężczyznę. Nasz taniec był amatorski, zabawny i jednocześnie erotyczny. Jinxx z czasem wyluzował, nie rozumiałam, dlaczego, widząc, że byłam chętna na dosłownie wszystko. No, prawie…
Wiedziałam, że chciałby mnie pocałować. I więcej. Jednak nie byłam to jeszcze gotowa.
Zmęczeni, ale uśmiechnięci podeszliśmy do baru. Zamówiliśmy po jeszcze jednej partii alkoholu. Widziałam w jego oczach zadowolenie, bo tutaj przy barze, było dużo jaśniej. Uwiesiłam mu się na ramieniu, szczerząc zęby, powiedziałam w końcu:
- A tak byłeś temu przeciwny.
- Nie byłem. Tylko po prostu…
Wiedząc doskonale, co chciał powiedzieć, kogo chciał wplątać w zdanie, przerwałam mu.
- Nawet tego nie mów! Nie chcę na ten temat nic słyszeć!
Upiłam łyk ostrego napoju, unikając jego spojrzenia.
- Dobrze, to może się stąd ulotnimy? – zaproponował.
- Czemu nie. Tylko wiesz, szkoda zmarnować. – Pomachał mu jeszcze pełną szklanką. Uśmiechnął się zawadiacko. Stukając swoją szklankę z moją. – To do dna.
- Do dna! – powtórzył.
Kiedy wypiliśmy drinki do końca. Chwyciłam jego rękę, kierując się ku wyjściu. Po drodze jeszcze szybko przeszukałam tłum, szukając jednej jedynej osoby, której nie dostrzegłam. Dobrze czy nie?
- Gdzie idziemy? – spytałam.
Ten tylko w odpowiedzi wzruszył ramionami, uśmiechając się diabelnie. Przez głowę przeszła mi myśl, że może jednak popełniałam błąd. Jednak ona zanim na dobre rozsiadła się w środku, szybko zdążyła zniknąć.
- Mam mieszkanie, tutaj niedaleko – mruknął, patrząc na mnie z ciekawością. Musiałam zrobić głupią minę, bo wybuchł śmiechem. – Nie miałem niczego niecenzuralnego na myśli.
Uśmiechnęłam się niby szczerze, choć moja dusza zakwiliła. Wcześniej wypełniona po brzegi mottem „carpe diem”, teraz stała się pusta, bez wyrazu. Co też się wpakowałam? Chyba nie dawałam mu jakiś złudnych nadziei? Spojrzałam na niego przerażona, akurat on w tym samym momencie zrobił to samo. Przez jego twarz przepłynęła rzeka emocji, wszystko co ujrzałam, tworzyło tylko wielką gulę w gardle.
- Co jest, młoda?
- Nic – mruknęłam. – Daleko jeszcze?
- Widzę, że coś cię gryzie. Nie oszukasz mnie, twoja twarz wszystko mi mówi. Boisz się? Nie zrobiłbym nic, wbrew tobie.
- Wiem, Jeremy. Jednak myślę, że… Myślałam, że zdążyłam się wyleczyć… - Westchnęłam cicho, puszczając jego dłoń. Usiadłam na pobliskich schodach, prowadzących do jakiegoś domu. Jinxx milcząc, przysiadł się do mnie.
- Chodzi, O Purdy’ego, prawda?
- Czemu od razu musi chodzić o niego? On jest jedynym mężczyzną na tej przeklętej ziemi?! – syknęłam, zakrywając twarz dłońmi. Tylko nie rycz, głupia! – krzyczałam w myślach.
- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Wytłumacz mi jedno, proszę, skąd ta zmiana decyzji. Bo chyba nie zaprzeczysz, że zatańczyłaś ze mną, ba, wyszłaś nawet, z czystej ochoty. Widzę jak patrzycie na siebie, ten magnetyzm waszych spojrzeń jest tak namacalny, że aż rzygać się chce.
- To kobieciarz, prawda? Słyszałam, co nieco o nim, jednak mimo tego, dałam mu szansę. Zmarnował ją. Po prostu ja mam już chyba jakiegoś pecha do mężczyzn. Wszyscy mnie wcześniej wystawiali, wykorzystywali i porzucali jak jakiegoś psiaczka, który się znudził. Zawsze było to samo, a jak już jednemu oddałam serce, podeptał je i wyrzucił, jakby to był zwykły śmieć. Nie mam zamiaru pchać się w związki, które nie mają przyszłości.
- Jeżeli już mamy rozmawiać o skurwielach, to Ash, jest aniołkiem. Wiesz mi, znam go już kilka lat. A największy sukinsyn, siedzi właśnie obok ciebie – powiedział mężczyzna. Aż musiałam na niego spojrzeć z niedowierzeniem. – Tak, naprawdę – odpowiedział. Czułam, że zaszczyci mnie opowieścią, która wymagała ogromnej wodzy zaufania. – Miałem żonę, miałem ją przez rok. Wcześniej znaliśmy się dobre kilka lat, mieliśmy wziąć ślub, żyć razem z naszymi dziećmi do końca świata. Było idealnie, dopóki po pijaku jej nie zdradziłem. Nie wybaczyła mi, a ja przez jedną chwilę słabości, zaprzepaściłem coś, co budowaliśmy latami. Ashley lubi ładne kobiety, to trzeba przyznać, ale brzydzi się zdradą, nigdy nie zdradził i nigdy nie wybaczył zdrady.
- Zdrada to najokrutniejsza rzecz, jaką może zrobić ukochana osoba – powiedziałam, mimo że widziałam w jego oczach smutek. Taka była prawda.
- Wiem, Lisa, nie musisz mi tego przypominać.
- Jednak to niczego nie zmienia, odnośnie twojego kumpla. Widziałam go z blondynką.

Ashley
Złożyłem zamówienie, dla Lisy tym razem wziąłem margeritę. Kiedy czekałem, aż barman wykona to, co mu zleciłem, zastanawiałem się nad dalszą częścią wieczoru. Może teraz dziewczyna na tyle wyluzuje, aby mogła się czuć przy mnie całkowicie swobodnie i spełni w końcu moją prośbę. Tylko wtedy, mógłbym przejść do następnego punktu.
- Ashley!
Usłyszałem za sobą jak ktoś z werwą wymawia moje imię, przekrzykując muzykę. Odwróciłem się w stronę źródła dźwięku, poczułem rozczarowanie, bo to nie była Lisa. Jane Black uwiesiła się na mojej szyi, całując soczyście mój policzek, zaskoczony podtrzymałem jej ciało.
- Co ty tutaj robisz? – spytałem, rozglądając się nerwowo.
- No jak to co, przyszłam na impreeeeezę! – zawyła, kręcąc zalotnie pupą.
- Aha, ja tutaj jestem z Jeff’em i z resztą mojej bandy. Ja chcesz, to możesz do nas dołączyć, niech tylko dostanę swoje zamówienie.
Kiedy już barman podał mi zamówienie, wziąłem je, a Jane chwyciła się mojego ramienia, idąc tam, gdzie ją prowadziłem. Świetnie, jeszcze jej mi tutaj brakowało.
- Patrzcie, kto nas odwiedził?! – powiedziałem, szczerząc zęby.
- Jane! – zawyli chórem, mężczyźni.
Mężczyźni? Oprócz Simms nie było żadnej innej kobiety.
- Gdzie jest Lisa? – spytałem chłopaków.
- No nie ma jej tutaj – odpowiedział CC, jakby to pytanie było nie na miejscu.
- No przecież widzę!
- Ash, ona poszła tańczyć z Jinxx’em. – Głos Jake zabrzmiał ostrożnie.
- Jak to tańczyć? Z nim?! – zawyłem, mocno stawiając tacę z drinkami, aż niektóre się rozlały. Miałem to w dupie. – Mi go obiecała!
Odwróciłem się gwałtownie, kierują się w stronę parkietu. Nerwowo przeszukiwałem tłum wzrokiem, szukając ciemno ubranego, długowłosego faceta i blondynki. Ale ich, kurwa, nie mogłem dostrzec. Byłem tak zdesperowany, iż nawet zajrzałem do damskiej łazienki. Nigdzie ich nie było. Przez myśl przeszło mi, że… Nie , Ferguson by tego nie zrobił, nie mógłby. Ale czy na pewno? Poczułem jak złość we mnie narasta, jak burzy krew w żyłach, zacisnąłem dłonie w piąstki, wychodząc z klubu. Spotkałem tam grupkę ludzi, którzy palili papierosy, żadnego śladu Jinxx’a i Lisy.
Musiał ją zabrać do swojego mieszkania.
Zapłonął we mnie żar. Jeśli to się okaże prawdą, to… Zatłukę go! Miałem stąd do niego kilka metrów, przebrnąłem je w szybkim tempie, buzując jak wulkan. Waliłem w jego drzwi jak oszalały, za mną usłyszałem czyjeś kroki.
- Ashley, wyluzuj! – Usłyszałem, ostry głos Biersack’a.
Puściłem jego słowa mimo uszu, waląc dalej. Jinxx otworzył drzwi w samych bokserkach, zadziałało to na mnie jak czerwona płachta na byka. Chciałem go popchnąć, lecz on zdążył szybko odskoczyć. To go nie obroniło. Zanim CC zdążył zareagować, już byłem przy gitarzyście, gotowy skopać mu tyłek. Gdyby miał koszulkę, byłby przegrany już na wstępie.
- Uzgodniliśmy coś, idioto! – wybuchłem, popychając go ostro. – Ona miała być ze mną! Słyszysz?! Kurwa, ze mną! A ty ją zabrałeś do siebie!
- Ona nie jest zabawką, Ash! – fuknął na mnie Jeremy, mrużąc oczy, jak jakiś lew gotowy do ataku. Mógł to zrobić, byłem gotowy.
- Wiem, Jinxx. Ale przyprawiłeś mi rogi! Odebrałeś ją, i jeszcze masz czelność, z takim stoickim spokojem mi to powiedzieć?!
- Ona nie będzie kolejną twoją zabawką. Jest na to zbyt mądra!
- Zaraz przegniesz, koleś. I nie ręczę za siebie. – Ostrzegłem go.
- Szkoda, że nie możesz się przekonać, jak ona nieziemsko całuje, a jej jęz…
Nie wytrzymałem. Pękłem jak bańka mydlana. Rzuciłem mu się do gardła, niczym rozszalały drapieżnik, pragnąc rozszarpać szyję ofiary. Byłem tak wkurwiony, że Andy z CC’ym nie mogli sobie ze mną poradzić. Jinxx się broił, próbując oddać ciosy, zanim jego nie złapał Jake.
- Pojebało was! – krzyczał na nas Biersack, ciągnąc mnie mocniej za dekolt koszulki. Czułem jak ona mocno zaciska się wokół szyi. Jednak byłem tak zacięty do bójki, że póki moje komórki dostawały tlen, walczyłem.
Nie wiem ile czasu minęło, zanim znalazłem się w kuchni Fergusona, a gitarzyści zniknęli mi z oczu. Sapałem, a może to nie byłem ja?
- Was popierdoliło, kurwa, totalnie! – jęczał wściekle wokalista, pastwiąc się nadal nad koszulką, albo raczej rozciągniętą szmatą, którą zapewnie była.
- Pobiliście się o Lisę, poważnie!?
- Ten skurwiel, wykorzystał moja nieuwagę i wziął ją w obroty! – syknąłem, czując metaliczny posmak na języku.
- Wargę masz nieźle machniętą – stwierdził Coma, po bliższej obserwacji.
- No, co ty?! Napieprza mnie w cholerę! – Usiadłem na krześle.
- Trzeba to przemyć – mruknęła Juliet.
Zapadła cisza. Nie do końca, w pomieszczeniu obok słyszeliśmy jeszcze stłumione głosy. Zdrajca! Łgarz, cholerny!
Po chwili do kuchni wszedł Jake, z ustami ściągniętymi w wąską linię. Spojrzał na mnie takim wzrokiem, którego nie mogłem opisać.
- Ash, Lisy tutaj nawet nie było – powiedział w końcu. Czułem jak wszystkie oczy wypalają mi blizny na twarzy.
- On kłamie! – fuknąłem, zaciskając mocno dłonie w piąstki. Aż kłykcie mi pobielały. On musiał kłamać, na pewno!
- Mówię, kurwa, prawdę, Ash! – Usłyszałem w odpowiedzi jego ostry głos.
- Jak ja ci zaraz przylutuję w ten głupi łeb, to tak ci szczękę naprostuję, że będziesz mówił tylko prawdę!
- No to chodź spróbować, debilu, zakichany!
Wstałem gwałtownie, lecz Andy musiał być przygotowany na mój ruch, bo zamaszyście popchnął mnie z powrotem na swoje miejsce.
- Nie ruszajcie się, kurwa, ani się nie odzywajcie. Zrozumiano?!
Chciałem sapać ze złości. Nie umiałem stwierdzić, co było gorsze: Jinxx całujący Lisę, czy Lisa wyciągająca go do tańca. To wszystko jednak tak samo bolało i złościło. Wspomnienia wróciły jak bumerang, za nic w świecie nie mogłem tego powstrzymać, nie ważne jak mocno bym to odpychał. Trzy lata temu brutalnie rozstałem się z dziewczyną, z którą spędziłem ponad półtorej roku. Kochałem ją naprawdę i myślałem kolorowo o przyszłości; o ślubie i dzieciach nawet. Życie wtedy nabrało wszystkich możliwych barw, dopóki nie nadeszły czarne chmury w postaci burzy. Przez przypadek dowiedziałem się, że mnie zdradza od jakiegoś czasu, kiedy oznajmiłem jej to, ze stoickim spokojem powiedziała: „chciałam trochę urozmaicenia w łóżku”.  Zbytnio się nie przejęła tym, że ją rzuciłem. Gdy na okładkach gazet zaczął pojawiać się nasz zespół, Jessica, bo tak miała na imię, do znudzenia chciała nawiązać ponownie kontakt i wrócić do mnie. Podobno po burzy zawsze wstaje słońce…
W drzwiach pojawił się Jinxx, z czerwonym limem na policzku. Jake zmaterializował się przy nim, gotowy do obezwładnienia kolegi.
- Spokojnie, nie chcę się już bić. Chcę coś naprostować. – W jego błękitnych oczach dostrzegłem skruchę. - Skłamałem. Wcale jej nie pocałowałem, nawet nie próbowałem, bo wiedziałem, że nic z tego nie wyjdzie. Ona nie z tych dziewczyn, Ash. Ona jest wyzwaniem, które stawia cię na początku labiryntu i odmierza czas. Nie mam zamiaru w tym uczestniczyć. I jeśli chcesz się z nią tylko zabawić, to już możesz szykować dupę, bo skopie ci ją tak, że nie usiądziesz na niej przez tydzień. Rozumiesz?!

5 komentarzy:

  1. Świetny rozdział.
    Aj, nie miałaś litości dla chłopaków...
    Lisa też nie powinna brać wszystkiego na poważnie, bo skończy jako samotna babunia dziergająca sweterki xd
    Jak wspominałam rozdział super, dobre dialogi i akcja.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O wow.
    Brak słów.
    Zajebisty ^_^.
    Czekam na kolejny, weny! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam małe małe zaległości, ale postaram się to naprawić.
    Super rozdział.
    Pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Łosz kurfa :o
    Ash wkurwiony xd
    Wiesz co, tak sb mysle...chyba ty tez bylas wkurwiona...xD
    A poza tym super rozdzial :3
    Ps.Stworzylam z przyjaciolka bloga, dopiero prolog...Ale sie rozkrecimy xd
    http://storyofbvb.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Uuu to jest świetne *.*
    Czy ty byłaś zła pisząc ten rozdział?
    Nie no serio jest super.Jinxx zdradził ?! Niemożliwe! A Ashy jest zazdrosny.No troche mi go szkoda.Ale niech troche pocierpi.
    Dobrze to życzę weny i czekam na następny ^.^ Zapraszam też do siebie.

    OdpowiedzUsuń